13 maja zaliczyłem kolejny start na bieżni, tym razem na dystansie 3000 m. Zamierzałem pobiec co najmniej 9:59, treningi na to wskazywały luz w ruchu ciała i wszystko przemawiało za tym, że ten wynik jest naprawdę baaardzo realny! Start miałem późno bo o godzinie 15.10 (planowo!)

Przed-biegowe nerwy

Rano wstałem, wyszedłem na spacer z psem, zjadłem śniadanie, odpocząłem trochę i idę na autobus, nagle zapomniałem jednej rzeczy… wkradł się stres i złość, więc zawróciłem do domu, wziąłem zgubę i poszedłem ponownie na autobus. Dotarłem oławskim PKS-em do Wrocławia, następnie poszedłem na tramwaj, wsiadłem w tramwaj i pojechałem na stadion olimpijski o godzinie 13:10. Witam się z kolegami i słyszę: „Daniel start jest o 16:45″. Momentalnie mnie zamurowało… zacisnąłem pięść ze złości. Tak przesiedziałem rozmawiając z rywalami i kolegami do 14:45. Później kibicowaliśmy wspólnie znajomym na 1500 metrów, o 15:30 zacząłem rozgrzewkę na spokojnie, bo przecież i tak ponad godzina do startu, biegnę sobie truchcikiem 10 minut nawet niecałe i przychodzi trener, mówi: „Daniel mam nadzieję, że kończysz rozgrzewkę, zaraz biegniesz”. Po raz kolejny mnie zamurowało… Jak to? Przecież start za godzinę! A nie jednak znów przesuwamy czas ale o godzinę szybciej. Wchodzę więc ledwo rozgrzany na bieżnię, odhaczam się u organizatora, koledzy również nie zadowoleni z obrotu spraw. Po 3 przebieżkach słyszę od organizatora: „Startujecie za 30 minut”. Uwaga! Nie zamurowało mnie, tym razem zacząłem się śmiać, i myślałem „Jakieś jaja”… nie wspomnę o tym, że zegar nie działał, ale i wyniki mierzone ze stopera i nie zostaną wpisane do Domtela (baza wyników każdego zawodnika). W końcu o 16:10 wystartowały dziewczyny na 3000 metrów. Zakładam kolce jeszcze z 2 przebieżki jakieś skipy na luźniej nodze i o 16:30 ustawiam się na linii (w tym momencie mógłbym zakończyć ten wpis).

Powolna śmierć

Wystartowaliśmy, kilka przepychanek, i schodzę do 1 toru, lecę na plecach z kolegami na złamanie 10 minut. Było nas około 5 osób. I w takiej grupce lecimy całe 2,5 kółka, 1000 metrów zamykamy przód w 3:14, a ja troszkę z tyłu w 3:17, później noga mi sztywnieje, oddycha mi się ciężko, głowa siada i to na tyle, zaczyna się powolna śmierć, powolny kabaret zwalniania, ale zanim na dobre zwolnię to następne 1000 metrów biegnę na czele grupy, na moich plecach wozi się 3 zawodników, prowadzenie tak mnie męczy, że odpadam z grupy, następne tysiąc metrów mijam w 3:36, po 2/3 dystansu biegnąc sam nie potrafiłem już zdziałać dosłownie nic, nogi mi zabetonowało, i w kiepskim stylu finiszuję ostatnie 1000 metrów w 3:40, wpadam na metę, wynik 10:33 z groszem. Kładę się na rozgrzanej bieżni i leżę tak chyba z 10 minut próbując złapać oddech. Chyba otarłem się o śmierć…

A można było pobiec poszczególne kilometry w 3:20, 3:20 i 3:19 i zrealizować cel :)

Po-biegowe podsumowanie

Potruchtałem 7 minut, przebrałem się i pojechałem do galerii z moją Em i koleżanką, zjedliśmy loda i zapomniałem o biegu, to nie był mój dzień, dużo stresu, chyba większości nie poszło. Uznałem, że potrzebuję tygodnia przerwy od zawodów na bieżni, później wrócę silniejszy. Wystartuję na ulicy, w formie mocniejszego treningu, potrenuję w kolcach na stadionie i powinienem jeszcze poprawić te 3000 metrów i 1500 metrów może zadebiutować na 5000 metrów. Byłem gotowy na 9:59 ja o tym po prostu wiedziałem i trening na to również wskazywały.

A i nie żeby co! Ale po takim biegu pierogi od babci smakują bajecznie! :D Każda porażka to nauczka na przyszłość pewien rodzaj nowego doświadczenia, nie mam do siebie żalu, bo naprawdę mimo, że zwalniałem to walczyłem na całego, o każdą sekundę!

Dzisiaj tzn. dzień po biegu poleciałem rozbieganie 12 km po 5:01/km, głowa odreagowała :)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+