Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

11 grudnia - Trening z Meschackiem

11 grudnia - Trening z Meschackiem
Przeczytajcie pełną relację, z wyprawy:

Source of Champions, 24-26 listopada
Wreszcie w Iten: 27-29 listopada
2/12 Kamariny
3/12 - Zawody
4/12 - Zwiedzanie
5/12 - Yacool krytykuje Brada Colma

6/12 - Na skraju Wielkiego Rowu Afrykańskiego
10/12 - Ziwa Farmers Marathon
11/12 - Trening z Meschackiem

11 grudnia


Wczoraj wieczorem, gdy już spaliśmy Kipsang potwierdził w smsie nasze niedzielne spotkanie. Napisał, żebyśmy byli gotowi o 10 rano.

Na 8 umówiliśmy się z Meshackiem na indywidualny trening. On miał zrobić easy run, a my mu towarzyszyć na rowerach. Chłopak od rowerów spisuje się znakomicie. Za każdym razem rowery czekają na nas przed hotelem o umówionej godzinie. Z ceną wynajmu też się dogadaliśmy i myślę, że zarówno on jak i my jesteśmy zadowoleni z tego układu.

Meshack czekał na nas punktualnie w umówionym miejscu. W tym roku dostał od nas zegarek i faktycznie umie z niego korzystać. Pamiętam jak tok temu potrafiliśmy na niego czekać nawet i godzinę, mimo ustalenia wcześniej pory spotkania. W tym roku ani razu to mu się nie zdarzyło.



Ruszyliśmy asfaltową drogą poza Iten. Prowadziła mocno w dół. Dziś jest niedziela i ruch uliczny bardzo umiarkowany. Yacool jechał cały czas blisko Meshacka, dając mu wskazówki. Mnie trochę zaczynała martwić droga powrotna do hotelu, bo zjazd był konkretny, a ja czułam zmęczenie w nogach po wczorajszych zawodach... Po około kwadransie ciągłego zjazdu skręciliśmy na szutrową drogę. Tu zaczął się dla nas prawdziwy off road. Podjazdy i zjazdy po nierównej, mocno kamienistej drodze. Meshack leciał jak szalony, nic go nie ruszało, yacool miał problem by mu dorównać, nie mówiąc już o mnie...



Wyszła z tego zabawa biegowa. Na komendę "sleep" Meshack zwalniał do swojego easy tempa, czyli ok 3:50/km, na hasło "wake up", wchodził na wyższe obroty i biegł w granicach 3:10/km. Czym oboje nas wykańczał. ;)



Dziś yacool skupił się na tym, by Meshack rozluźnił się w biegu, zwłaszcza górę pleców oraz schodził niżej na nodze w trakcie lądowania, a tym samym mocniej ładował nogę podporową. Skupili się na obrazach mentalnych, falującej koszulki, doganiania klatką piersiową ręki, drżenia wargi. Jednym słowem skupili się na obrazie mentalnym jednej wielkiej pulsacji całego ciała. Z tego była prędkość. Z tej zabawy wyszedł świetny trening, w sumie 1:08 h ostrej przełajowej jazdy.

Dotarliśmy do hotelu. Wzięliśmy szybki prysznic i poszliśmy z Meshackiem na śniadanie. Zbliżała się 10 i lada moment miał przyjechać po nas Kipsang. W trakcie jedzenia chłopacy rozmawiali o dzisiejszym treningu i wczorajszych zawodach. Okazało się, że dziś zrobiliśmy standardową pętlę treningową Meshacka, tyle że o około 10 minut szybciej niż normalnie ją biega. Do tego stwierdził, że taki trening to jego rozgrzewka przed właściwym speed workiem. Spojrzeliśmy z yacoolem po sobie, bo dla nas to był hardcorowy cross i byliśmy totalnie zmęczeni.

Kipsang się spóźniał. Jego siostra, Thyline powiedziała, że jest na jakimś spotkaniu. Pożegnaliśmy się więc z Meshackiem, umówiliśmy na popołudniowy trening bezwładności i poszliśmy do pokoju odpocząć. Zbliżała się 11:30, Kipsanga ani śladu. Wysłałam więc mu sms-a, że czekamy na niego w hotelu. Po chwili zadzwonił, że zaraz poprosi Thyline, by nam zorganizowała dojazd na spotkanie. Na dole czekał na nas motor z kierowcą. Zawiózł nas na Iten Point View.



Podziwialiśmy widoki, spotkaliśmy też tam naszego znajomego z Tajwanu i Teksasu oraz z Libanu. Pogadaliśmy chwilę. W sumie spędziliśmy tam kolejną godzinę. Zadzwoniłam w końcu do Kipsanga, że czekamy i jest tu co prawda pięknie i mnóstwo ludzi, ale żaden z nich to Wilson. Ten wydał się zdziwiony, że tam czekamy, w tle panował hałas i za nic nie mogłam zrozumieć co do mnie mówi. Wyłapałam jedynie słowo Keellu i Monday. Powiedziałam więc, że wracamy do hotelu i spotkamy się w poniedziałek.

Wróciliśmy do hotelu. Thyline i dziewczyny z obsługi były zaskoczone naszym widokiem. Nikt nie rozumiał co się stało. Thyline twierdziła, że Kipsang kazał jej zorganizować nam dojazd do punktu widokowego i że miał nas stamtąd zabrać. Może w mnogości spraw jakie ma obecnie na głowie zapomniał...

Szkoda, że tak wyszło, mamy nadzieję że uda nam się z nim spotkać przed wyjazdem.

Na lunch zjedliśmy dziś coś nowego puoli, ryż z kawałkami mięsa i jakimiś korzennymi przyprawami. Obowiązkowo z sukumą i smażoną kapustą. Pycha!



W wiadomościach w tv pokazywali straszny wypadek na drodze między Nakuru, a Naivasha. To główna droga łącząca Eldoret z Nairobi. W nocy cysterna przewożąca gaz prawdopodobnie na nieoznakowanym progu zwalniającym wpadła na inne auta i wybuchła. W sumie w kraksie wzięło udział 13 aut i zginęło 36 osób. Nieoznakowane progi, nie używanie przez kierowców świateł nawet po zmierzchu, brawura i szybka jazda są tu przerażające. Jazda matatu należy nie tylko do niekomfortowych, ale przede wszystkim szalenie niebezpiecznych. Samochody często wyprzedzają się na trzeciego, wymuszają pierwszeństwo, a po wspomnianych progach zwalniających jeżdżą jak im wygodnie, pod prąd, w poprzek, wg zasady kto pierwszy ten lepszy. Progi te są zrobione jako asfaltowe wybrzuszenie w drodze, usypane z piasku i kamieni, zdarzają się też rozłożone na drodze zasieki z kolcami. Wszystko to bez jakichkolwiek oznaczeń czy oświetlenia. Dziś na jednej z bocznych, mało uczęszczanych przez pojazdy, szutrowej drodze natrafiłam na jedyny znak ostrzegawczy i sugerujący zwolnienie prędkości.



Po południu do hotelu przyszedł nasz międzynarodowy team. Był Marcin i jego kenijska dziewczyna Lilia, Meschack, Levin - chłopak z Teksasu, Ziet z Libanu i Errol z Tajwanu. Zrobiliśmy z nimi trening, wymachy nogami, rękami, pulsing, w ruch poszły piłki do masażu i mata z igłami. Po tych wszystkich zabiegach yacool wziął ekipę poza bramę hotelu na kilka przebieżek.



Potem poszliśmy razem na kolację przy rytmach głośnej muzyki. Śmiechu i różnych językowych gagów w tak międzynarodowym towarzystwie było mnóstwo. Umówiliśmy się na wspólny koordynacyjno ekscentryczny trening na jutro na 9 rano na Kamariny. Nowi w zespole, czyli Levin i Ziet, którzy jeszcze nie wiedzą z czym to się wiąże nie mogą się doczekać nowych wyzwań. :)