Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Zewa Farmers Marathon, 10 grudnia

Przeczytajcie pełną relację, z wyprawy:

Source of Champions, 24-26 listopada
Wreszcie w Iten: 27-29 listopada
2/12 Kamariny
3/12 - Zawody
4/12 - Zwiedzanie
5/12 - Yacool krytykuje Brada Colma

6/12 - Na skraju Wielkiego Rowu Afrykańskiego
10/12 - Ziwa Farmers Marathon

10 grudnia


4:15 pobudka. Ciemno za oknem, ale trzeba wstać, bo o piątej musimy być już na krzyżówce z główną drogą, skąd miało nas zabrać zamówione wcześniej matatu. Dziś rozgrywały się zawody na dystansie 5 i 10km w ramach Ziwa Farmers Marathon. Do rozegrania miały też być kategorie dziecięce i sztafeta 4x1km, niestety dostępna tylko dla farmerów. Zebraliśmy ekipę chętną do wzięcia udziału w biegu. Zrobił się z tego niezły międzynarodowy team.

Tak więc o piątej rano czekaliśmy przy drodze. Lokalne władze zainwestowały w lampy solarne i teraz trasa od hotelu do głównej drogi jest oświetlona. Co prawda nie wszystkie lampy działały, ale zawsze lepsze to niż nic. Na dworze panowała jeszcze ciemna noc, było zimno. Niebo bezchmurne, w pełni rozgwieżdżone, z dobrze widoczną drogą mleczną i wielkim wozem.

Nad naszymi głowami spadło kilka meteorytów. Mieliśmy sporo czasu, by podziwiać niebo, bo matatu się spóźniało. Reszta ekipy czekała kilkaset metrów wcześniej na stacji benzynowej. Po pół godzinie zaczęliśmy wątpić czy w ogóle przyjadą lub też czy czasem nie pojechali bez nas. Najgorsze, że skończyła nam się karta w telefonie i nie mieliśmy się jak z nimi skontaktować. Po około 40 minutach czekania zadzwonił Reuben. Powiedział, że nadal czekają, auto nie przyjechało, a kierowca ma wyłączony telefon...

Postanowiliśmy wrócić do hotelu i spróbować przy pomocy hotelowej obsługi załatwić inny transport. Była piąta rano, a my nieźle zmarźnięci czekaniem. W hotelu zaczęliśmy wątpić czy ten wyjazd ma w ogóle sens. Powiedziano nam, że dojazd zajmie około godziny, a start ma się odbyć ok 7:30, nigdzie nie udało nam się znaleźć tej informacji, ani w internecie, ani na plakacie reklamowym wiszącym w hotelu. Ja nie byłam zarejestrowana, bo u nas w hotelu, gdzie można było się zgłosić wcześniej zabrali listy startowe, a opcja online nie była możliwa.



Jedna z kelnerek zaangażowała się w pomoc nam. Kiedy już znalazła kierowcę chętnego zawieźć nas do Ziwa zadzwonił Marcin, że mają drugie matatu i już po nas jadą. Wyruszyliśmy o 6:15, na dworze było już widno. W matatu oprócz mnie i yacoola jechał Marcin ze swoją dziewczyną i znajomą, Meschack i Reuben oraz nasz Tajwański kumpel.

Na miejscu byliśmy chwilę po 7. Jako jedni z pierwszych. Nieomal minęliśmy miejsce startu, bo nie było w żaden sposób oznaczone. Poszliśmy szybko się zarejestrować. Przy stoliku na poboczu siedział pan, który w zeszycie zapisywał zgłoszenia.



Przeliterowałam mu moje nazwisko i zapytałam ile mam zapłacić. Rozłożył ręce i stwierdził, że nie wie. Ktoś ze stojących w kolejce poinstruował go, że powinien skasować mnie na 200 ksh, czyli 2 usd.



Następnie okazało się, że start na 5km jest dalej, tu gdzie byliśmy był start na 10km. Pojechaliśmy na linię startu podstawionym autobusem. Z naszej ekipy wszyscy poza Tajwańczykiem biegli na piątkę. Linia startu na 5km także nie była w żaden sposób oznaczona. Ale tu już zgromadziło się więcej osób. Przyglądali nam się, a po chwili ośmielili i zaczęli robić nam i sobie z nami zdjęcia. Yacool, sokole oko wypatrzył chłopaka w koszulce bieganie.pl.



Potem okazało się, że wygrał on zawody na 5km. Starsze kobiety były ubrane w długie spódnice, jedna z nich biegła boso, niektóre z zwykłych tenisówkach.



Start miał się odbyć o 9, ale wszystko wskazywało na to, że się opóźni. Około 9 ustawili nas dopiero w czterech rzędach. Młodzi chłopacy, mężczyźni po 50tce, młode kobiety i te w okolicach półwiecza. Zgadnijcie, z którą grupą kazał mi się ustawić facet z obsługi... Wśród startujących był jeszcze jeden biały chłopak, 19 latek z Teksasu, Lewin. Towarzyszył mu wygadany Kenijczyk Johnston.



Na rozmowie zleciało nam kolejne pół godziny. Robiło się coraz goręcej. W końcu przed 10 wyprowadzili nas w tych wcześniej ustawionych rzędach na linie startu. Najpierw kobiety, za nami mężczyźni. Bałam się, że nas staranują jak ruszymy, ale mężczyźni ruszyli minutę po nas. Trasa w całości przebiegała po asfalcie, zaczynała się długim podbiegiem. Było bardzo gorąco, po kilku minutach biegu miałam sucho w ustach. Za cel postawiłam sobie dziś po prostu ukończenie biegu, poniżej 30 minut. Yacool wsiadł na motorek i początkowo jechał obok mnie coś tam krzycząc, potem pojechał w kierunku czołówki, gdzie biegł Marcin i Meschack.



Dla Meshacka był to pierwszy oficjalny bieg na tym dystansie. Jako, że niedawno biegł maraton i jest w trakcie regeneracji, a dodatkowo pracuje z yacoolem nad ruchem miał te zawody potraktować treningowo, bez parcia na wynik. Jak się potem okazało Meschack ukończył zawody na 18 pozycji z czasem 15:06, Marcin pobiegł poniżej 17 minut, a ja 22:55, wyprzedzając Lilię, jego dziewczynę. Przed biegiem Marcin instruował nas, że trasa kończy się długim podbiegiem. Cały czas miałam to w głowie i starałam się zachować siły na ten ostatni akcent.

Z daleka zaczęła mi majaczyć jakaś grupa ludzi i droga, która wiła się pod górę, ale tam z kolei wydawało mi się, że nikogo nie ma. Z drugiej strony był już taki upał i byłam na tyle mocno zmęczona, że zaczynałam się zastanawiać czy wzrok mi nie szwankuje i czy obraz mi się nie zlewa. Kilometry oczywiście nie były oznaczone. Kibijująca na poboczu dziewczynka przyłączyła się do mnie i biegła obok. Sapiąc zapytałam ją, gdzie jest meta. Ona na to, że pod mostem...

Dostrzegłam coś na kształt mostu i tam też wydawało mi się, że ruszają się ludzie. Postanowiłam więc przyspieszyć, bo z tego wynikało, że nie będzie więcej podbiegów. Im bardziej się zbliżałam tym wyraźniej widziałam, że to nie żaden most tylko brama finiszowa. Zrównałam się w biegu z jakąś Kenijką, odezwał się duch rywalizacji i postanowiłam ją wyciąć. Jak tamta się zorientowała włączyła szósty bieg i na takim sprincie, przy pełnym aplauzie licznie zgromadzonych kibiców i yacoola "Ruda nie odpuszczaj, pociśnij" przebiegłyśmy z dobre 200m razem wpadając na metę. Za mną przybiegła Lilia.



Na Errola z Tajwanu trochę poczekaliśmy, ale wpadł na metę całkiem rześki, po przebytych 10km. Po biegu wypiłam niemal duszkiem 4 butelki wody. Wszyscy chcieli robić sobie z nami zdjęcia.



Zapragnęłam zdobyć koszulkę z logo zawodów. Zaczęłam więc zaczepiać organizatorów pytając, gdzie mogę taką zdobyć.



Jeden z nich powiedział, że nam da, tylko mamy z nim iść na ceremonię i tam nam oficjalnie je wręczy. Tak więc całą naszą multikulturową grupą poszliśmy za nim. W międzyczasie dołączyła do nas Stacey, znajoma z Kapsabet, u której byliśmy w pierwszych dniach pobytu w Kenii. Przyjechała tu specjalnie, by się z nami spotkać.



Posadzili nas na głównej trybunie wśród innych VIP-ów. Przed nami na trawie zgromadziło się mnóstwo ludzi. Zaczęły się przemówienia i występy śpiewająco taneczne. Muzyka Kalenjin jest bardzo melodyjna, nogi same rwą się do tańca. Yacool w pewnym momencie nie wytrzymał, zeskoczył z trybuny i poszedł tańczyć. Było wesoło.

Potem zaprosili na środek mnie, Marcina i Lewina. Zrobili z nami krótki wywiad, potem ku uciesze widowni podowcipkowali sobie z nas, wzięliśmy też udział w jakiejś zabawie niczym z wesela, a w nagrodę każdy otrzymał paczkę chleba tostowego. Wszak była to impreza organizowana przez farmerów. Po kolejnej godzinie siedzenia i oglądania tej ceremonii zaczynałam żałować chęci zdobycia koszulki, ale skoro traktowali nas z takimi honorami, to nie wypadało tak po prostu wyjść.



I wtedy zaprosili nas wszystkich jeszcze raz na środek. Poprosili, by każdy do mikrofonu powiedział kilka słów o sobie, a na koniec dostaliśmy koszulki, czapeczki i po bochenku chleba tostowego. Następnie chwila dla fotoreporterów.



Opuściliśmy resztę świętowania i poszliśmy znaleźć matatu, by wrócić do Iten. Po godzinie jazdy byliśmy u siebie. Całą ekipą poszliśmy na obiad do lokalnej knajpki. Najedliśmy się, nagadaliśmy i naśmialiśmy. Świetna grupa ludzi. Errol, który jak się okazało mieszka niedaleko zaprosił nas jeszcze do siebie, żebyśmy zobaczyli mieszkanie, które wynajmuje. Mieszka naprawdę fajnie. Parterowy dom, coś w stylu naszego bliźniaka, z dużym ogrodem. Ma salon, dwie sypialnie, kuchnię i łazienkę z normalnym wc oraz prysznicem z ciepłą wodą. Płaci za to 150 usd miesięcznie. Lewin, który zamierza tu spędzić pół roku płaci obecnie dwukrotnie więcej. Więc chłopaki się dogadały, że zamieszkają razem i podzielą koszty.

Potem wstąpiliśmy jeszcze na rynek, mimo późnej pory, jak co sobotę tętnił życiem. Kupiliśmy siatkę owoców, pożegnaliśmy się z ekipą i na motorku wróciliśmy wykończeni do hotelu. Tam wypiliśmy po orzeźwiającym Tuskerze.



Dziś jest sobota i dzień dyskotek, niestety w oknach drżą nam szyby. Po raz pierwszy jak tu jesteśmy zapowiada się ciężka noc...