Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Przeczytajcie pełną relację, z wyprawy:

Source of Champions, 24-26 listopada
Wreszcie w Iten: 27-29 listopada
2/12 Kamariny
3/12 - Zawody
4/12 - Zwiedzanie
5/12 - Yacool krytykuje Brada Colma

6/12 - Na skraju Wielkiego Rowu Afrykańskiego
10/12 - Ziwa Farmers Marathon

07.12


Tyle się dziś znowu działo, że nie wiem od czego zacząć. Więc może zacznę chronologicznie.

Wychodząc z hotelu natrafiliśmy w końcu na Kipsanga. Wjeżdżał właśnie na podjazd swoim landcruiserem. W samochodzie miał pasażerów, przyjechał tu na biznesowe spotkanie. Szczerze się ucieszył na nasz widok i zaprosił na niedzielną imprezę rodzinną. Nie da się ukryć, że yacool jest bezpośredni i bezczelny w swych kontaktach, ale myślę, że tym właśnie zjednuje sobie bystrych i inteligentnych ludzi.



Od rana zrobiliśmy z chłopakami zaplanowany trening techniczny na podbiegu. Dziś znowu przyszło dwóch nowych. W tym jeden 39 latek (tyle wynika z daty urodzenia w paszporcie, w którą sam zdawał się wątpić), który biegał w granicach 27 minut na 10km i 62 minut w półmaratonie w tutejszych warunkach.



Przerobiliśmy z nimi wiele układów, wszystkie w rytmie wieloskoku.





Na koniec, niemalże w nagrodę yacool zaordynował podbiegi z wykorzystaniem tych wszystkich, wcześniej ćwiczonych elementów. Chłopakom bardzo się podobało, mówili że bieg pod górę wchodził im o wiele łatwiej.

Jak zwykle przyglądała nam się grupka dzieciaków. Jak tylko na chwilę usiadłam, przykleiły się do mnie.



Po powrocie do hotelu zaprosiliśmy chłopaków na lunch. Postawiliśmy im chiabati i herbatę z mlekiem, my w tym czasie zjedliśmy późne śniadanie. Za 7 usd wszyscy się najedli.



Po południu pojechaliśmy do St. Patrick School. Po drodze wstąpiliśmy na pocztę wysłać kartki.



W szkole spotkaliśmy ponownie brata Colma i trenera, który prowadził trening w poniedziałek. Tym razem oni się przyglądali, a ćwiczenia prowadził młody chłopak.



Na początku dzieciaki grały w zabawę na koncentrację. Stały w szeregu, trener wydawał komendy, a oni mieli na zadane hasła robić krok w lewo lub w prawo. Osoby, które się pomyliły odpadały i siadały z boku.



Następnie cała grupa poszła na ok. 30 minut wolnego truchtu. Jak wrócili zaczęli robić ćwiczenia koordynacyjne, w dwutakcie, nożyce w marszu i truchcie z dołączonymi obrotami rękoma. Rzeczy dobrze nam znane z filmików z neta z etiopskiej rozgrzewki. Wszystko w rytmie skipowym.





Tym razem nawet ja powstrzymywałam się, by nie krzyknąć, by zaczęli to robić w rytmie wieloskoku, z wyjściem w górę. Ale nie chcieliśmy im przeszkadzać. Na koniec trener pokazał im chodzenie po slackline, czyli po naszemu chodzenie po linie. Wyraźnie miał wiodącą jedną, prawą stronę, co yacool od razu wyłapał. Potem kilku młodych też spróbowało swoich sił na linie. Ale słabo im to wychodziło.



Po treningu brat Colm podsumował ćwiczenia. Mówił o tym jak ważna jest w treningu koncentracja i spokój umysłu. Mówił o tym, że bieganie i trening to nie tylko czyste bieganie. Że ważne są takie elementy jak koordynacja, skupienie, relaksacja, rozciąganie, ambitny cel i koncentracja na nim. Że to są rzeczy, których tu chcą ich nauczyć. Słuchałam tego i miałam wrażenie, że słucham yacoola. Ci, którzy mieli do czynienia z Jackiem na treningach będą to czuć i rozumieć.



Na koniec pożegnaliśmy się z trenerami i podziękowaliśmy im za spotkanie. Prowadzący dziś trening podając mi rękę zapytał jak się mam. Odparłam, że świetnie, ale nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie dopowiedziała. Powiedziałam, że to był świetny trening, ale chcę im coś pokazać, bo ćwiczenia które dziś robili mogliby robić w inny sposób. Chłopak był lekko zaskoczony, a ja nie tracąc czasu weszłam na boisko i zaczęłam robić ich dzisiejsze ćwiczenia w rytmie wieloskoku. Yacool w tym czasie tłumaczył różnice wykonywania układów i co to daje później w biegu. Chłopak był bystry i zaczął łapać różnice. Brat Colm, początkowo stojący obok gdzieś się zmył. Ian, tak miał na imię trener, sam zaczął wykonywać układy. Pokazaliśmy mu na szybko kilka, łącznie z koordynacją w statyce. Chłonął to z zaciekawieniem. Przyznał, że to co dziś robiła grupa to ćwiczenia, których nauczył go jakiś trener z Australii. Tak więc w historii tej szkoły byli już inni biali, którzy uczyli tutejszych biegania...

Ian powiedział, że jest otwarty na nową wiedzę, chce się tego nauczyć, by potem móc uczyć tego swoich podopiecznych. Yacool zaznaczył, że w zamian chciałby poprowadzić jego grupę, a zwłaszcza wziąć na warsztat jednego chłopaczka z tej całej pięćdziesiątki, który wpadł mu dzisiaj w oko. Ponadto chciałby przeprowadzić trening koordynacyjny z Davidem Rudishą, jeśli ten będzie na miejscu.

Teraz w zajęciach w campie uczestniczy 50 osób, większość z nich jest tu na obozie. Wkrótce Ianowi zostanie grupka około 10 podopiecznych. On uczy ich podstaw. Powiedziałam mu, że może ich uczyć podstaw w obu rytmach, skipowym i wieloskokowym. Z czasem po dokonanej specjalizacji sami wybiorą sobie to ćwiczenie, które będzie im bardziej przydatne. Przyznał mi rację. Przeprosił, ale szczerze powiedział, że to co mu pokazaliśmy jest potrzebne im, jego dzieciakom, nie nam białym. To on ma tu materiał, który może z tego najbardziej skorzystać... Podziękował nam za naszą otwartość, że mu to pokazaliśmy, całkiem bezinteresownie. Chce się z nami spotkać, by przyswoić sobie te nowe rzeczy.

Na jutro mieliśmy zaplanowaną wycieczkę w rejon Marakwet, położony jeszcze wyżej niż Iten. Ale umówiliśmy się z Ianem, że jak wrócimy, to po południu wpadniemy do niego na wspólny trening.