Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Malinowski, Rozdział 5 - "Mama"

Malinowski, Rozdział 5 - "Mama"
Kim dla człowieka jest Matka? Zapewne ile istnień ludzkich tyle odpowiedzi. Każdy pod wpływem własnych przeżyć i doświadczeń jest w stanie zapisać własną definicję. Treść większości z nich będzie podobna, jednak nigdy identyczna. Pomijając patologiczne przypadki, które niestety w obecnych czasach występują częściej Matka zawsze: kocha bezgranicznie swoje dziecko, wybacza mu wszystko, wierzy kiedy wszyscy już zwątpili. Nigdy: nie obraża się na dziecko, nie odmawia mu pomocy i nie zapomina o nim…

Mama Bronka Malinowskiego ma dziś 84 lata. Mimo pewnych kłopotów z pamięcią, wciąż powtarza:
„Mój Bronek, dlaczego właśnie mój Bronek…”

Bronek Malinowski jest do dziś dla wielu młodych biegaczy absolutnym wzorem do naśladowania. Pierwszym czynnikiem, który każe zainteresować się tą postacią są oczywiście „wiekowe” rekordy Polski i medalowe zdobycze. Poza płaszczyzną sportową młody adept biegania może znaleźć w postaci Malinowskiego mnóstwo szlachetnych i wartościowymi cech przydatnych również w treningu. Pracowitość, upór, konsekwencja. Możemy cieszyć się, że właśnie taki Malinowski jest w naszym kraju ikoną biegów długich. Fińska młodzież, chcąc wzorować się na jednym z tamtejszych idoli długodystansowych może natrafić na mniej chlubne wspomnienia:

Ambitny, niesforny i uparty w szkole średniej błyszczał paląc więcej papierosów niż inni chłopcy (po 20-30 dziennie), pijąc więcej piwa, czy zdradzając głębsze niż inni zainteresowanie nie bardzo budującymi zabawami.

Taki był jeden z genialnych Finów – Juha Vaatainen. Tuż przed swoim największym triumfem w karierze – dwukrotnym Mistrzostwem Europy został słownie zlekceważony przez młodszego o 8 lat Davida Bedforda. Z obydwoma zawodnikami związane są początki „dorosłej” kariery Malinowskiego. „Niegrzeczny” Vaatainen wygrał „piątkę” podczas Mistrzostw Europy w Helsinkach. W biegu tym ósmy był Bronek, debiutując na wielkiej imprezie międzynarodowej wśród seniorów. Polak podziwiał Fina, wierząc równocześnie iż sam również będzie święcił triumfy. Vaatainen nie był jednak bożyszczem Malinowskiego. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że każdy idol miał kiedyś również wzór do naśladowania. Pani Irena Malinowska na pytanie – jaką postacią lekkoatletycznego świata fascynował się jej syn odpowiada – Bedford. David Bedford. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia Davida i Bronka z tego samego okresu, by znaleźć potwierdzenie słów Mamy Mistrza.


Od lewej Bronek Malinowski i David Bedford

Fakt ten jest dość zaskakujący zważając na brak tytułów u Bedforda, zaledwie 2-letnią różnicę wieku dzielącą Brytyjczyka i Polaka oraz szum medialny wokół Dave’a wynikający z niekoniecznie wówczas chlubnych okoliczności. Irytację mediów i części kibiców wzbudzał Bedford wydawałoby się mało znacząca częścią garderoby jaką są skarpetki. Dave nosił je w kolorze czerwonym. W purytańskim społeczeństwie angielskim ten umowny symbol jednoimiennej orientacji seksualnej był przed 40-tu laty skandalem, obrazą i zamachem na wartości religijne. Ciężko powiedzieć czy Dave faktycznie jednoczył się ze środowiskiem gejów, czy po prostu chciał być bardziej kontrowersyjnym. Dość specyficzny wygląd i szczere wypowiedzi odbierane były jako arogancja co niekoniecznie było zamierzeniem samego zawodnika. Wspomniane, rzekome zlekceważenie Vaatainena – „a kto to niby jest?” po krótkiej analizie nie miało nic wspólnego z butą. Przed helsińskimi Mistrzostwami Europy Bedford „bił na głowę” Fina uzyskiwanymi czasami – 27:47.0 do 28:12.8 na 10000m oraz 13:22.2 do 13:35.6 na 5000m. Miał więc prawo nie znać rozpędzającego się dopiero u schyłku kariery Vaatainena. To wszystko razem wzięte – własny styl plus opacznie rozumiane wypowiedzi stworzyło mit biegającego ekscentryka.

Malinowski cenił więc Davida Bedforda za kroczenie pod prąd, za indywidualizm i niezwykły upór.  Bedford biegał ciężko, kołysał nienaturalnie głową, jego styl był po prostu brzydki. Na finiszu nie istniał, jego beznadziejny rekord życiowy na 1500m 3:47.0 nie wróżył specjalnych osiągnięć. I faktycznie tych medalowych nigdy nie smakował, jednak zapisał się na stałe w kronikach sportowych wspaniałym rekordem świata na 10000m – 27:30.8. Malinowski cenił Bedforda nie tylko ze względu na wyrazistą osobowość, ale i przez sentyment do Wielkiej Brytanii.

Bronek nieprzypadkowo lubił startować na Wyspach - w połowie był Szkotem. Mama Irena Malinowska z domu Dovell była rodowitą Szkotką, do roku 1948 mieszkała w Edynburgu. Męża, żołnierza Polskich Sił Zbrojnych Anastazego Malinowskiego poznała w swoim rodzinnym mieście kiedy stacjonował tam podczas II Wojny Światowej. Z perspektywy czasu należy przyznać iż wykazała się niezwykłą odwagą opuszczając wielkie miasto Zjednoczonego Królestwa na rzecz malutkiej, odciętej od świata wsi w komunistycznej Polsce. Uczucie było jednak silniejsze od rzeczowych kalkulacji. Zderzenie ze stalinowsko – wiejską rzeczywistością nie było łatwe. Oto panienka z wielkiego miasta musiała pracować fizycznie, doić krowy i parać się abstrakcyjnymi z perspektywy brytyjskiej damy zajęciami. Po latach dobrze wspomina te niełatwe czasy, w których przyszło jej wraz z mężem wychowywać szóstkę dzieci – Roberta (1949), Bronka (1951-1981), Helenę (1953), Maksa (1954-2011), Piotra (1956) i Joannę (1968).

Jedynym łącznikiem Matki z ojczyzną był właśnie Bronek. Poprzez swoje starty zagraniczne miał możliwość odwiedzania swojej szkockiej rodziny. W 1978 roku po Mistrzostwach Europy w Pradze zabrał nawet Mamę na miting do Londynu. Mimo ówczesnych trudności paszportowych i 30 lat nieobecności pani Ireny na brytyjskiej ziemi wyjazd był całkiem udany dla obojga. Mama doskonale odnajdywała się w wielkim mieście, udając się w trakcie pobytu do rodzinnego Edynburga. Bronek równie świetnie spisywał się na bieżni zajmując 3-cie miejsce w biegu na 2 mile z czasem 8:18.43. Uległ tylko wyśmienitemu Ovettowi i świeżo upieczonemu rekordziście świata na 3 km z przeszkodami Henry’emu Rono.

15.09.1978
Ovett 8:13.51
Rono 8:14.66
Malinowski 8:18.43
Polleunis 8:22.15
Rose 8:22.41
McLeod 8:25.77

Mama Bronka wspomina rozmowę z dyrektorem londyńskiego mitingu i ciepłe słowa wypowiedziane pod adresem jej syna:

„Współpraca z Pani synem i jego trenerem to czysta przyjemność. Bronek nie grymasi, nie narzuca własnego zdania i mało tego – przystaje na moje propozycje co do bieganego u mnie dystansu. To rzadkość. Z takim Garderudem na przykład były zawsze problemy, w sposób nieustępliwy negocjował swoje warunki. Ja rozumiem, trzeba dbać o swoje interesy, ale absolutna bezkompromisowość nie służy żadnej ze stron.”

Przy okazji wspomnienia nazwiska Garderud, pani Irena dementuje plotki jakoby Anders był Bronka przyjacielem. Był rywalem, kolegą z bieżni jak cała masa pozostałych zawodników startujących z jej synem.

Rodzaj przyjaźni polegający raczej na relacjach zbliżonych do tych ze starszym bratem łączył Malinowskiego z Francuzem polskiego pochodzenia Michelem Jazy. Ten zapomniany czempion z lat 60-tych był dwukrotnym mistrzem Europy (1500 i 5000) i wicemistrzem olimpijskim (1500m). Wyniki 3:36, 7:49 i 13:27 odpowiednio na 1500, 3000 i 5000m uzyskiwał jeszcze na bieżni żużlowej… Malinowskiemu służył zawsze radą i pomocą, dodawał mu otuchy między innymi podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie. Jazy po zakończeniu kariery działał prężnie w strukturach francuskiego związku LA organizując kilka imprez sportowych. Jedną z nich był grudniowy bieg przełajowy, w którym Bronek brał udział mimo nie najwyższej formy na początku okresu przygotowawczego.


Notka z dzienniczka Bronka przypominająca termin crossu u Michela Jazy'ego

Pytana o faktyczną, „zawodniczą” przyjaźń Bronka z biegaczami zagranicznymi Mama Mistrza bez wahania wymienia 3 nazwiska – John Walker, Dick Quax i Rod Dixon, odpowiednio złoty, srebrny i brązowy medalista olimpijski. Pomijając medalowy łącznik tych 3 nazwisk punktem wspólnym jest również narodowość – wszyscy pochodzili z Nowej Zelandii. W samym tylko roku 1974 Malinowski kilkakrotnie spotykał się z nimi na różnych dystansach. Śmiało można powiedzieć, że Walker i Dixon są współautorami wciąż aktualnego Rekordu Polski w biegu na 3000m.

1974
Helsinki, 1500m
1.Walker 3:33.89
2.Dixon

5.Malinowski 3:39.3

Oslo, 3000m
1.Walker 7:40.6
2. Dixon 7:41.8
3. Malinowski 7:42.4 (RP)

Zurich, 1 mila
1.Dixon
2.Walker 3:56.11

5.Malinowski

Formia, 800m
2.Walker 1:46.7

6.Malinowski 1:50.2


Walker, najmłodszy z całej trójki – Mistrz Olimpijski z Montrealu na 1500m, niezwykle ważna postać w historii biegów średnich. Pierwszy człowiek, który pokonał jedną milę poniżej bariery 3:50.00 i pierwszy zawodnik który stukrotnie przebiegł ten dystans poniżej 4:00.00.

Najstarszy Quax – Wicemistrz Olimpijski z Montrealu na 5000m, rekordzista świata na tym dystansie z 1977 roku (13:12.87).

Najwszechstronniejszy Dixon – Brązowy Medalista Olimpijski z Monachium na 1500m, zwycięzca Maratonu Nowojorskiego z 1983 roku (2:08:59). Swój niemal pewny, drugi olimpijski brąz stracił w wyniku dramatycznego rzutu na taśmę Klausa Petera Hildebranda w Montrealu podczas biegu na 5000m.


Nowa Zelandia, u dołu pierwszy od prawej Malinowski, u góry trzeci od lewej Mamiński

Tych trzech nowozelandzkich spadkobierców tradycji Snella i Halberga wywarło duży wpływ na planowanie przyszłości przez Bronisława Malinowskiego. Z przekazów najbliższych, Mamy Mistrza włącznie, wynika że życiowe rondo Bronka po zakończeniu sportowej kariery miało 2 zjazdy. Jednym z nich był drogowskaz na Nową Zelandię. Malinowski był wręcz zachwycony tamtejszą przyrodą i klimatem. Po raz pierwszy udał się na Antypody w 1977 roku, przed samym wylotem powiedział:

„Biegacze nowozelandzcy są w moim przekonaniu najlepsi, a przede wszystkim najrówniejsi na przestrzeni całego sezonu. Nikt nie potrafi utrzymać formy tak długo jak oni. No cóż, są do tego zmuszeni – muszą prezentować wysoką formę w ich sezonie wymuszonym porami roku, przedłużając ją do  momentu kulminacyjnej fazy sezonu na świecie. Jest to skomplikowane zadanie, muszą być w świetnej  dyspozycji przez prawie cały rok. Dziś nie jest problemem przygotowanie się do jednego biegu w określonym terminie, ale ciągle jeszcze wielką sztuka jest być dobrym zawsze. Ponieważ chcę być takim właśnie zimą, w okresie dla Europejczyka niełatwym, zdecydowałem się na podróż”

Bronek odwiedził Nową Zelandię i Australię również w ostatnim roku swojego życia, który pod względem sportowym był dość nietypowy. Jedyne starty na otwartym stadionie  jakie wówczas zanotował miały miejsce w styczniu i lutym:

21.01.1981
3000m, Hamilton (Nowa Zelandia)
(4) 8:00.59

25.01.1981
3000m prz, Auckland (Nowa Zelandia)
(1) 8:32.97

01.02.1981
3000m prz, Christchurch (Nowa Zelandia)
(1) 8:24.02
(2) 8:24.04 Bogusław Mamiński

04.02.1981
5000m, Sydney (Australia)
(3) 13:43.2

08.02.1981
5000m, Melbourne (Australia)
(2) 13:55.2

Tourne, na którym przebywał wraz z Bogusławem Mamińskim okazało się jego ostatnią drogą sportową. W sezonie letnim Malinowski pauzował z powodu problemów z łąkotką, nie obyło się bez operacji.


Rodzice Bronka dziś. W środku siostra Helena fot. Anna Kłyż

Właśnie w kwestii przeżywania kontuzji pani Irena odnosi się w stosunku do syna krytycznie. Twierdzi, że był wtedy absolutnie nie do zniesienia, nie potrafił sobie w domu znaleźć miejsca, swoim narzekaniem nękał wszystkich domowników. Oczywiście wszyscy cierpliwie znosili jego humory, próbując czymkolwiek zająć mu czas biegowej niemocy. Mama Mistrza wspomina, iż autentycznie kochał przyrodę i obcowaniu z nią oddawał się w chwilach wolnych od sportowego reżimu. Jego drugim poza sportowym planem na życie była hodowla pstrągów. Profesjonalnie zajmował się tym jeden z jego przyjaciół w Ostródzie.  Bronek nabył dużą wiedzę na ten temat i myślał bardzo poważnie o budowie specjalistycznych urządzeń i zbiorników w perspektywie zajęcia na przyszłość. Pani Irena mówi:

„Las i ogród to była jego odskocznia. We wrześniu 1981 roku bardzo dużo zrobił w przydomowym ogrodzie, pamiętam że nasadzili wówczas pełno truskawek z Maksem…”

Mimo przyzwyczajenia do międzynarodowych tłumów, bywania w każdym zakątku globu, obcowania z możnymi tego świata, Bronek potrafił wejść powtórnie w rolę skromnego chłopaka z Rulewa. Działało to w obie strony, wywodzący się ze wsi „prosty chłopak” jak określiła go Mama, bez kompleksów umiał się wpasować w świat fleszy i kamer oraz widzieć siebie w przyszłości po drugiej stronie kuli ziemskiej.

      Znalazł się jednak znacznie dalej – po drugiej stronie życia.

Barwy biało czerwone,
zostawić na ziemi trzeba.
Orła i jego koronę
zastąpisz błękitem nieba.