Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Malinowski, Rozdział 2 - Moskwa '80

Dla Bronisława Malinowskiego Moskiewskie Igrzyska Olimpijskie stały się pierwszoplanowym celem 28 lipca 1976 roku. Tego dnia Bronek pobił do dziś aktualny rekord Polski na 3000 m  z przeszkodami zdobywając wynikiem 8:09.11 srebrny medal olimpijski.

Na 4 lata przed eliminacjami "przeszkód" w Moskwie (26.07.1980) kolejny  cel Malinowskiego był wręcz oczywisty. Tytuł Mistrza Olimpijskiego był ostatnim, brakującym szczeblem jego sportowej drabiny. Całe życie, które i tak zawierało się w kleszczach treningowego reżimu, musiał Bronek podporządkować jednemu zadaniu. Długi finisz tych  zbrojeń nastąpił w trzecim roku olimpiady...

Marzec 1979 roku stał pod znakiem biegów przełajowych. Dla Bronka starty te były ważnym elementem treningu, jednak tym razem poważniej potraktował crossowe zmagania. 13 marca podczas Mistrzostw Polski w Kielcach nie dał szans rywalom, zwyciężając na krótszym dystansie 7km. 15 sekund za plecami pozostawił Daniela Jańczuka i ówczesnego rekordzistę Polski na 1500m Henryka Wasilewskiego. Już tydzień później reprezentacja Polski w składzie Kopijasz, Pierzynka, Mamiński, Kunicki, Stacha i Malinowski leciała na VII Mistrzostwa Świata w biegach przełajowych do irlandzkiego Limerick. Przeprowadzone zostały one na torze wyścigów konnych po stosunkowo płaskiej trasie. Trudność jej była jednak znaczna ze względu na grząską nawierzchnię, rozrzedzaną dodatkowo padającym deszczem. Seniorzy mieli do pokonania 5 pętli o długości 2320m. Najlepiej w tych warunkach poradził sobie crossowy specjalista John Treacy z Irlandii triumfując z 9 sekundową przewagą nad Bronisławem Malinowskim. Polak stoczył zaciętą walkę o srebrny medal z zawodnikiem radzieckim Aleksandrem

VII IAAF World Cross Conutry Championships, Limerick, 12km

1. Treacy (IRL) - 37:20
2. Malinowski (POL) - 37:29
3. Antipow (ZSRR) - 37:30
4. Simmons (GBR) - 37:38
5. Schots (BEL) - 37:42
6. Zweifelhofer (CZE) - 37:45
...
12. Mamiński (POL) - 38:04
23. Kunicki (POL) - 38:30
61. Kopijasz (POL) - 39:20
77. Pierzynka (POL) - 39:35
145. Stacha (POL) - 41:02

Po raz kolejny okazało się, że cross rządzi się swoimi prawami i zawodnicy wyśmienicie radzący sobie na stadionie, nie koniecznie mają tu cokolwiek do powiedzenia. Medalista ME na przeszkodach Michael Karst zajął 34 miejsce,  genialny Eamon Coghlan był dopiero 71, a  multimedalista imprez halowych Thomas Wessinghage kończył rywalizację na odległej, 166 pozycji. Tym większy szacunek należy się Malinowskiemu, który zręcznie łączył starty na bieżni latem z bagnistymi  bezdrożami wiosną.

W wyniku przerywanej urazami pracy treningowej nie mógł Malinowski zrealizować założeń przedolimpijskiej polityki startowej. Drugą część sezonu odpuścił, nie chcąc bezcelowo forsować organizmu. W pierwszej odsłonie lekkoatletycznych zmagań, pojawił się na bieżni kilka razy, ulegając między innymi na żużlu grudziądzkiej Olimpii Bogusławowi Mamińskiemu. Zważając na fakt nie najlepszej nawierzchni, uzyskali wówczas na płaskie 3000m przyzwoite rezultaty - 7:54.9 i 7:55.6.

Z początkiem czerwca, w odstępie zaledwie czterech dni, startował Bronek dwukrotnie na swoim koronnym dystansie, uzyskując w Bremie i Turynie podobne rezultaty 8:22.7 i 8:21.97. Tym drugim wynikiem przypieczętował zwycięstwo na meczu Kanada-Polska-Włochy.

3000m z przeszkodami '79 roku w wykonaniu najlepszych na świecie, było konkurencją niezwykle słabą. Malinowski ze swoim "SB" 8:21.97 zajmował aż drugie miejsce na listach światowych. Liderem była rewelacja wcześniejszego sezonu  Kenijczyk Henry Rono. W stosunku do własnego rekordu świata 8:05.4 jego 8:17.92 w roku 1979 wyglądało jednak bardzo mizernie. Rono był  absolutnie nieprzewidywalny i właśnie w jego osobie upatrywał Bronek najgroźniejszego konkurenta w perspektywie moskiewskiej batalii. Przedolimpijskie występy przeszkodowców były uśpieniem dwojakiego rodzaju - publiczności ze względu na słabą wartość uzyskiwanych wyników oraz wzajemnym osłabieniem czujności wśród konkurencji. Fachowcy mieli nadzieję, że tabela najlepszych to jedynie cisza przed burzą...

„10” najlepszych - 1979, 3000m prz:

1. Henry Rono (KEN) 8:17.92     
2. Bronisław Malinowski (POL) 8:21.97     
3. Mariano Scartezzini (ITA) 8:22.72     
4. Wolfgang Konrad (AUT) 8:22.8     
5. Michael Karst (FRG) 8:22.9     
5. George Kiprotich Rono (KEN) 8:22.9     
7. Boguslaw Maminski (POL) 8:23.0     
8. Vladimir Lisovskiy (URS) 8:23.1     
9. Amos Korir (KEN) 8:23.13     
10.  Paul Copu (ROM) 8:23.41

W perspektywie dalekobieżnych planów igrzyska w Moskwie nie miały być dla Bronka ostatnimi. Karierę chciał Malinowski zakończyć po olimpijskim starcie w Los Angeles, nikt przecież nie przypuszczał wówczas, że Polska imprezę tę zbojkotuje. Moskwa była jednak ostatnią szansą na zdobycie złota w biegu przeszkodowym. Już 2 lata później na Mistrzostwach Europy w Atenach miał Bronisław próbować swoich sił w maratonie. Nie jest to mit. Trener Szczepański potwierdza plany przekwalifikowania się na najdłuższy dystans olimpijski. Mimo iż w swoim ostatnim sezonie, poprzedzającym ateński czempionat, Malinowski nie podjął maratońskiej próby, rok później debiut miał stać się faktem. Malinowski był zawodnikiem bazującym na dużej objętości kilometrowej.

W styczniu 1980 roku, szukając ucieczki od polskiej zimy, udali się wraz z trenerem do włoskiej Ostii. Zakładali ponad miesięczny pobyt, jednak ze względów zdrowotnych wrócił Bronek do Polski po 3 tygodniach. Zgrupowanie zaczęło się obiecująco, w jego pierwszym tygodniu Malinowski pokonał 182 km, bazując głównie na ogólnej wytrzymałości biegowej. Wybiegania realizował wówczas w przedziale 3:40-3:50/km. Bieg ciągły w drugim zakresie intensywności wykonywany na odcinkach 15-kilometrowych oznaczał dla niego tempo 3:20-3:25/km. Tętno mierzone "domowymi metodami" wahało się tuż po skończonym wysiłku w granicach 166-168ud/min. Obóz nie przebiegał jednak po myśli duetu Malinowski - Szczepański. W połowie stycznia Bronek przeziębił się, a chwilę potem został kompletnie wyłączony z treningu przez nieznośny ból wywołany uciskiem na nerw kulszowy...



24 stycznia Malinowski wrócił do Polski, udając się od razu na kurację zastrzykową. Próby truchtu, ponawiane co kilka dni, kończyły się niepowodzeniem. Jedyną aktywnością fizyczną były wówczas ćwiczenia  rehabilitacyjne. Czas uciekał, do Igrzysk Olimpijskich pozostawało pół roku, a Bronek był bezsilny, jednak nie zrezygnowany! W najbliższej perspektywie miał wylot na zgrupowanie sportowe do Meksyku. Nikt nie zadawał pytań o sens zagranicznych wojaży Malinowskiego. Sam zainteresowany również, wierzył że będzie dobrze. 8-ego lutego postawił pierwsze biegowe kroki na meksykańskiej ziemi. Pomijając fakt, towarzyszącego bez przerwy bólu, do głosu doszły znaczne zaległości treningowe. Bronek miał zwyczaj badać tętno tuż po obudzeniu. Będąc w niezłej już dyspozycji przed miesiącem, jego serce biło o poranku 36 do 40 razy na minutę. Po 4 tygodniach pauzowania tętno wzrosło do 46-48 uderzeń. Adaptacja na wysokości 2800 m n.p.m. była dodatkowym problemem towarzyszącym wznowieniu pracy treningowej. Pierwsze 3 tygodnie zgrupowania były przeplatane mniej lub bardziej udanymi próbami biegania. Wyraźna poprawa nastąpiła dopiero na przełomie lutego i marca. W pierwszym, normalnie przepracowanym tygodniu, pokonał Bronek 136km. Najważniejszą informacją było zupełne wyzwolenie się od bólu. Malinowski po długim "staniu w korku" mógł nareszcie wjechać na autostradę. Bezlitosny czas, a dokładnie jego 2-miesięczna wyrwa postawiła niezwykle trudne zadanie, zwłaszcza przed trenerem Ryszardem Szczepańskim. Skrupulatnie przygotowany plan olimpijskiej drogi okazał się w decydującym momencie nieaktualny. Szczepański musiał iść w pewnym sensie na skróty. Nie miał wyboru, musiał ryzykować.



Duża objętość szła zatem w parze z potężną intensywnością. Jakim tytanem pracy był Malinowski i jak szybko dochodził do siebie, świadczy najlepiej trening zrealizowany w trzecim tygodniu "normalnego" biegania. Po 19 dniach nieprzerwanej w końcu pracy, Bronek na wysokość 2800m n.p.m. robił 6x2000m po 5:58, stosując 4-minutowe przerwy wypoczynkowe. Ryszard Szczepański, snując plany o "przedłużeniu" swojego podopiecznego do maratonu, był w pełni świadomy wypowiadanych przez siebie słów. Malinowski w "meksykańskim" marcu pokonywał tygodniowo raz za razem 170, 184, 185 i 180km. Należy dodać, że każda niedziela była dniem wolnym... W czasie tej orki treningowej ważył 74kg przy wzroście 182cm. Szczepański stosował wówczas absolutny koktajl treningowy, wrzucając w jeden tydzień kilka silnych środków treningowych.

Malinowski bazował na naturalnej sile biegowej, wykonywanej w rozmaity sposób. Raz były to podbiegi w liczbie 9-ciu odcinków po 1300m, innym razem 16x200m pod górę w tempie 34-35 sek, po czym drugą serię stanowiło 16 płaskich "dwusetek". Bronek nie dawał ponieść się fantazji podczas realizacji ogólnej wytrzymałości biegowej, trzymając się z reguły prędkości 3:50-4:00 i 3:20-3:25, odpowiednio dla pierwszego i drugiego zakresu. Z końcem marca, po 16-kilometrowym biegu ciągłym z prędkością 3:25/km, notował tętno w okolicach 144ud/min.

Po 4 tygodniach tego nietypowego okresu przygotowawczego biegał Malinowski sprawdzian w Meksyku 3 + 1km. "Trójkę" pokonał w 8:26, a 1000m po 15 min w 2:46. Po iście maratońskim okresie, sięgającym ośmiuset kilometrów w miesiącu i bardzo silnym bodźcowaniu rozmaitymi środkami, miał prawo być zmęczony. To zmęczenie dało o sobie znać chwilowym przeziębieniem. Nie wybiło Bronka z rytmu treningowego, jednak miało zapewne wpływ na pierwszy start kontrolny. 12 kwietnia biegał Malinowski 1500m na wysokości 2400m n.p.m. Uzyskane 3:52 nie dawało odpowiedzi, w którym miejscu znajduje się duet Szczepański-Malinowski. Najważniejsza była "bezawaryjna" praca treningowa.



Objętość w miesiącu poprzedzającym pierwsze starty spadła o 10-15%, Szczepański włączył do treningu wytrzymałość tempową z płotkami, realizując początkowo np. 8x1km po 3:11. Bronek wyglądał i czuł się coraz lepiej "wchodząc" na coraz wyższe prędkości. Ostatnim treningiem w Meksyku było wybieganie 28km po 3:40/km.



3 maja po 3-ech miesiącach powrócił do Polski. Ciekawość, wynikająca z absencji Bronka zarówno w sezonie halowym jak i przełajowym, dręczyła rywali i niepokoiła kibiców. W jakiej jest formie, czy zdąży przygotować się do igrzysk? Odpowiedzi na te pytania nie znał sam Malinowski, ufał trenerowi i w pełni poddawał się jego zaleceniom. Pierwszy start w kraju nie powalił na kolana. 3:47 na 1,5km uspokoiło jednak zawodnika, wiedział on doskonale jak krótki okres dzieli go od rozpoczęcia pełnowartościowego treningu. W trakcie sezonu Szczepański stosował sprawdzoną metodę startową. Bronek dość często brał udział w mitingach, trenując przy tym bardzo umiarkowanie. Bogaty kalendarz startowy łączył pomostami złożonymi z wybiegań, delikatnej siły biegowej i zabaw biegowych. Przełom maja i czerwca jest tego najlepszym przykładem:

Poniedziałek - 3000m - 7:55.6
Środa - 1500m - 3:47
Niedziela - 1500m - 3:44
Wtorek - 5000m - 13:33.6

Zwłaszcza ten ostatni wynik, uzyskany podczas mitingu w Ostrawie, świadczył o właściwym kierunku, w którym zmierzali zawodnik z trenerem.



Tuż przed wylotem na 3 - tygodniowy obóz do Font Romeu, Bronek po raz pierwszy przed igrzyskami pokazał się światu na swoim koronnym dystansie. Podczas meczu RFN-Polska w Warszawie odniósł pewne zwycięstwo mijając metę w dobrym czasie 8:19.68. Drugiemu na mecie, Krzysztofowi Wesołowskiemu, zmierzono 8:24.20. Uspokojony, z motywacją do ostatniego etapu pracy wyruszył Malinowski w Pireneje.

Po krótkiej, 5-dniowej adaptacji Szczepański zaczął szlifowanie diamentu. Podczas zgrupowania trening Bronka opierał się o odcinki 150 - 800 metrowe. Warto wspomnieć:

2x(15x150m) po 19.5-18.8
8x600m po 1:31 (p.4')
6x500m po 1:12 (p.4') + 4x250m po 33.5 (p.5')

Efekty tegoż były widoczne natychmiastowo. Bronek w trakcie obozu startował w Göteborgu na 1500m, uzyskując 3:40.86. Już 4 dni później wziął udział w silnie obsadzonym biegu na 3000m prz podczas mitingu w Sztokholmie. Potknąwszy się na jednej z przeszkód, stracił możliwość walki o zwycięstwo i przybiegł na 3-cim miejscu z wynikiem 8:20.95. Zwyciężył Tanzańczyk Filibert Bayi (8:17.98), zmieniający kwalifikację z dystansów milowych na przeszkodowy. W swojej pierwotnej profesji bił wcześniej rekordy świata - 3:32.1 na 1500m i 3:51.0 na milę. Fachowcy dawali mu największe szanse na złoto w Moskwie przy założeniu, że bieg będzie rozgrywany w wolnym tempie.

Ostatnie 2 przedolimpijskie starty były potwierdzeniem wysokiej formy Malinowskiego. W biegach na 3000 i 1500m uzyskał najlepsze rezultaty sezonu, odpowiednio 7:49.8 i 3:39.51.

19 lipca Stadion Olimpijski na Łużnikach był miejscem otwarcia XXII Letnich Igrzysk Olimpijskich. Bronek ceremonię tą oglądał w domu, do Moskwy miał udać się 5 dni później. Kropką nad "i" całości przygotowań było przetarcie na płaskie 2000m dzień przed odlotem do stolicy Związku Radzieckiego. Narzeczona Bronka - Mirka wspomina:

"Bronek powiedział, że będzie wszystko dobrze, jeżeli na tym sprawdzianie nabiega 5:15"



Malinowski wykonał zakładany plan w 100%. Jechał do Moskwy na 2 dni przed eliminacjami mając świadomość, że zrobił wszystko co do zrobienia było możliwe. Taktyka, którą proponował trener Szczepański była prosta - bez względu na sytuację biec tempem na 8:10.0. Uważał, iż jest to maksymalna prędkość, na jaką Malinowski jest przygotowany. Nikt nie wiedział co ewentualny efekt tej taktyki przyniesie - złoto, brąz, a może miejsce poza podium? Przyjaciel Bronka, Francuz polskiego pochodzenia, Wicemistrz Olimpijski z Rzymu na 1500m Michel Jazy powiedział już w Moskwie:

"Bronek będziesz złoty, jeśli narzucisz swoje tempo, bez oglądania się na rywali!"

Tym tempem miało być właśnie pokonywanie każdego kilometra w 2:43.3.

W drodze do walki o medale zawodnicy mieli do przebrnięcia pierwszą rundę kwalifikacyjną i półfinał. 26 lipca 31 biegaczy podzielonych na 3 biegi eliminacyjne przystąpiło do rywalizacji. Bronek znalazł się w ostatniej serii. W dwóch poprzedzających jego bieg, awans do dalszej rundy wywalczyli Bogusław Mamiński i Krzysztof Wesołowski. Presja rosła. Malinowski na tym pierwszym etapie rozprawił się z rywalami niczym profesor, uczący pokory. Kontrolując od początku do końca wolne tempo biegu nie dał szans nikomu, kwalifikując się do półfinału. Uzyskany czas 8:29.4 był 4 sekundy lepszy od 2-ego na mecie Moravcika. W niedzielę Bronek odpoczywał przed kolejną sesją dnia następnego. Zrobił wybieganie 14km po 4:00/km.

28 lipca w pierwszym biegu półfinałowym szaleli wręcz zawodnicy afrykańscy. Wspomniany Tanzańczyk Bayi wraz z Etiopczykiem Eshetu Turą osiągnęli identyczny czas 8:16.2. Zmusili tym samym Bogusława Mamińskiego do poprawienia  rekordu życiowego aż o 5 sekund. Mamiński osiągając 8:18.8 pewnie awansował do finału. Mniej sił stracił Malinowski, którego 8:21.2 wystarczyło do zwycięstwa w drugim z półfinałów. Zawodnicy mieli 2 dni na regenerację przed główną batalią.

Noc z 30 na 31 lipca Bronisław Malinowski przespał spokojnie, obudził się rano notując 34 uderzenia serca na minutę. Wyszedł na 5-kilometrowy rozruch i pozostało mu tego dnia jedno zadanie - przebiec 3000m z przeszkodami w 8 minut i 10 sekund.

O godzinie 19:15 dwunastu zawodników stanęło na linii startu. Strzał startera wyzwolił wszystkie emocje. Bardzo zachłannie pozycję lidera objął Filibert Bayi, przekonany o konieczności prowadzenia od początku, jakby to było warunkiem zdobycia złota. Rękawicę podniósł jedynie Eshetu Tura, tak jak to było w półfinale. Malinowski, oddzielony od Afrykanów Hiszpanem Francisco Sanchezem, hamował naturalny odruch zwycięzcy, zmuszający do pogoni prowadzącej grupy. Bayi minął 1-szy kilometr w 2:39.3 - tempie wskazującym na 7-sekundową poprawę ówczesnego rekordu świata! Malinowski, mimo iż opanowany przebiegł 1000m w 2:41.4, czyli również szybko.



"Przemierzał trasę jednostajnym, spokojnym tempem. Tak szybko jak dyktowało mu doświadczenie i umiejętności. Nie wdawał się w potyczki, które były widowiskiem dla publiczności, ale dla niego początkiem klęski. Los tak chciał, że w dniu olimpijskiej pogoni za złotym medalem pojedynek był tak niezwykły. Jakby reżyserem był komputer, a nie ludzie. A przecież twórcami widowiska była determinacja Tanzańczyka i spokój Polaka. Nic więcej. Albo aż tyle. Malinowski niczym wytrawny myśliwy, podążał tropem uciekiniera, nie spiesząc się i nie marnotrawiąc energii." *1


Przewaga Filiberta Bayi rosła w oczach nabierając gigantycznych rozmiarów! Po 2km we wciąż rekordowym tempie 5:20.31 Tanzańczyk miał już około 50 metrów nad Polakiem! Malinowski minął "dwójkę" w 5:26, realizując konsekwentnie założenia trenera. Na 800 metrów do mety było niemal pewne, że Bayi wygra, jednak z każdym kolejnym metrem zmęczenie wlewało się niczym ołów w jego coraz mniej "lotne" nogi. Kiedy dzwonek sygnalizował ostatnie okrążenie Bronek tracił do lidera około 15 metrów. Na przedostatniej prostej Polak dosłownie zmiażdżył resztki ogromnej przewagi Tanzańczyka, zrównując się z nim około 30 metrów przed rowem z wodą. Ostatnie 150m należało do Malinowskiego.



"Gdy minął metę, podniósł dłonie spontanicznym gestem, zrobił kilkanaście kroków i zawrócił, aby uciec od porządkowych, którzy nie godzili się na triumfalne rundy wokół stadionu. Bronisław Malinowski pobiegł więc przed wiwatującymi trybunami pod prąd. Jedyny ze zwycięzców na głównej arenie Igrzysk, który nie musiał droczyć się ze stróżami porządku, bo nikt nie spodziewał się takiej reakcji. Pod prąd. Symbolicznie?” *1

Igrzyska Olimpijskie Moskwa 1980, 3000m prz, finał

1. Bronislaw Malinowski (POL) 8:09.7
2. Filbert Bayi (TAN) 8:12.5
3. Eshetu Tura (ETH) 8:13.6
4. Domingo Ramon (ESP) 8:15.8
5. Francisco Sanchez (ESP) 8:18.0
6. Giuseppe Gerbi (ITA) 8:18.5
7. Bogusław Mamiński (POL) 8:19.5
8. Anatoli Dimov (URS) 8:19.8
9. Vasile Bichea    (ROM) 8:23.9
10.Dusan Moravcik (TCH) 8:29.1
11.Lahcene Babaci (ALG)8:31.8
12.Tommy Ekblom (FIN)    8:40.9

    Międzyczasy pierwszej ósemki:
 Malinowski 2:41.0 2:44.6 2:44.1
 Bayi 2:38.3
 2:41.5 2:52.2
 Tura  2:39.2 2:45.2 2:49.2
 Ramon 2:41.5 2:45.0 2:49.3
 Sanchez 2:39.9 2:50.2 2:47.9
 Gerbi 2:42.5 2:48.9 2:47.1
 Mamiński 2:43.6 2:46.7 2:49.2
 Dimow 2:44.0 2:47.1 2:48.7


„Odpowiadał dziennikarzom po angielsku i hiszpańsku, rzadko po polsku, bo rodacy wiedzą o nim wszystko. To się podoba, światowy biegacz i człowiek bywały w świecie".*1

Bronisław Malinowski jeszcze tego samego wieczora udzielił wywiadu, jednak po polsku:

"Taktycznie pobiegłem dobrze. Sprawdziło się właściwie wszystko - to oni biegli dla mnie, tak mogę powiedzieć. Bardzo niebezpiecznie byłoby, gdyby pobiegli drugą połówkę szybciej niż pierwszą, tzn drugie 1500 metrów szybciej jak pierwsze. Oni zrobili odwrotnie, pierwsze bardzo szybko, a drugie wolno, tak nie można biegać na przeszkodach. To są zawodnicy renomowani - Bayi rekordzista świata na 1500 metrów. Ten Tura z Etiopii to też bardzo dobry zawodnik, zresztą wszyscy Etiopczycy są bardzo groźni. Oni zrobili błąd, że pierwszy kilometr pobiegli bardzo szybko, mieli drugi i trzeci przyspieszyć. Ja wiedziałem już na dwa okrążenie przed metą, że dogonię Baya i wygram. Biegałem z nim w Sztokholmie i w identyczny sposób przegrałby ze mną, gdyby nie to, że na ostatniej przeszkodzie się przewróciłem. Ale tutaj odkułem to sobie i wmawiałem -  nie przewrócę się. Wykorzystałem błędy taktyczne Filiberta Baya i Tury z Etiopii w stu procentach, na dwieście metrów przed metą na rowie z wodą zakładałem, że muszę być pierwszy i byłem pierwszy. Z chwilą gdy wyjdzie się już na ten finał, tam do środka, trenera nie ma, zawodnik jest zdany na własne siły i wówczas dochodzi do głosu staż, praktyka, doświadczenie, wszystko! Nawet kibice, których było 20 tysięcy z Polski, bardzo mi pomogli, bo słyszałem jak mnie dopingowali. Ja miałem taki moment zawahania po dwóch kilometrach kiedy bałem się, że nie dojdę Baya, że może za daleko go puściłem, a jednak nie za daleko, było bardzo dobrze. To jest mój największy sukces. Bardzo się cieszę, trzynaście lat czekałem na to".

 Filibert Bayi:

"Jestem ogromnie szczęśliwy, gdyż zdobyłem pierwszy medal olimpijski dla Tanzanii. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że tylko ostrym tempem mogę pokonać Malinowskiego. Jeszcze dwa okrążenia przed metą wierzyłem w swoje zwycięstwo. Kiedy jednak Malinowski jako pierwszy pokonał ostatni rów z wodą nie miałem już żadnych szans".



Po Igrzyskach Bronek nie mógł sobie pozwolić na odpoczynek. Miał wręcz zapchany kalendarz końcówki sezonu. Już 4 dni po olimpijskim finale, startował w Rzymie na 1500m ustanawiając rekord sezonu 3:39.32. 2 dni później przegrał w Londynie na swym koronnym dystansie z Mariano Scartezzinim, uzyskali oni 8:16.26 i 8:18.34. Następnego dnia startował również na 3km z przeszkodami, tym razem w Atenach, zwyciężając w czasie 8:25.8. Po kolejnych 3 dniach, w środę 13 sierpnia Malinowski był już na mitingu Weltklasse w Zurichu, stając w wyśmienitym towarzystwie na starcie "piątki":

5000m, 13.08.1980 Zurich

1. 13:20.93   Thomas Wessinghage
2. 13:22.74   Kaarlo Maaninka
3. 13:23.20   Dick Buerkle  
4. 13:24.49   John Treacy
5. 13:25.14   Emiel Puttemans
6. 13:25.48   Matt Centrowitz  
7. 13:27.97   Alberto Salazar
8. 13:29.75   Bronislaw Malinowski

W niedzielę bliski był pobicia własnego rekordu Polski na milę, tym razem uzyskał 3:56.07.
Po 5-ciu dniach "wybiegał" drugi wynik w karierze w biegu na 5000m podczas mitingu w Brukseli:

22.08.1980 - Bruksela
1. 13:20.36   Wilson Waigwa
2. 13:23.9    Willy Polleunis
3. 13:24.3    Nick Rose
4. 13:24.9    Bronislaw Malinowski
5. 13:26.1    Christoph Herle  
6. 13:29.6    Valeriy Abramov

Dzień później w rodzinnym mieście swojej Mamy - Edynburgu, Bronek przebiegł 1,5km w 3:42.



Ostatnim startem tego sierpniowego maratonu były Mistrzostwa Polski Seniorów w lekkiej
atletyce. Malinowski, mimo iż zmęczony, nie dał szans krajowym rywalom, między innymi mocnym –  Mamińskiemu i Wesołowskiemu:

MPS, 29.08.1980, Łódź, 3000m prz:
1. Bronisław Malinowski 8:24.80
2. Bogusław Mamiński 8:25.26
3. Krzysztof Wesołowski 8:31.67
4. Czesław Mojżysz 8:39.54
5. Janusz Rolbiecki 8:42.61
6. Janusz Stańczak 8:49.61
7. Jacek Buchert 8:51.72
8. Tadeusz Ławicki 8:52.41

Do dnia dzisiejszego istnieje grupa malkontentów, podważających olimpijski triumf Bronisława Malinowskiego. Na szalach moskiewskiego sukcesu kładzie się z jednej strony złoty medal, z drugiej brak reprezentantów Kenii, którzy już wtedy liczyli się w światowej rywalizacji. Krótka analiza ówczesnego rozkładu sił na świecie, pozwoli na spekulacje – co by było gdyby w Moskwie startowali reprezentanci państw bojkotujących XXII Igrzyska.

Na szczególną uwagę zasługują trzy nazwiska – Henry Rono i George Kiprotich Rono z Kenii oraz Henry Marsh z USA. Tylko ci zawodnicy mogliby liczyć się w walce o wysokie lokaty.

Rono, w czasie swojej skrzywdzonej niemożnością olimpijskiego startu kariery, bił 5-krotnie rekordy świata . W 1978 roku w ciągu 81 dni poprawił najlepsze wyniki w historii LA na 3,5,10km i 3 km z przeszkodami. Rezultaty odpowiednio 7:32, 13:08, 27:22 i 8:05 mówią same o wartości zawodnika. Kenijczyk oprócz niewątpliwego geniuszu, znany był z niezwykle barwnego trybu życia po zakończeniu sportowej kariery. Również w czasie jej trwania jego zachwiania emocjonalne przekładały się na poziom uzyskiwanych wyników. Przeszkody w karierze Henry’ego były krótkim choć niezwykle intensywnym epizodem. We wspomnianym rewelacyjnym roku ‘78 uzyskał aż 7 swoich najlepszych wyników na tym dystansie. Wisienką na przeszkodowym torcie był rekord świata 8:05.4, pozostałe rezultaty zawierały się w przedziale 8:12-8:17. Po nieudanym kolejnym sezonie, kiedy to wystąpił dwukrotnie, osiągając 8:17 i 8:22, zakończył definitywnie przygodę z „barierami”. Do Igrzysk Olimpijskich w Moskwie zbroił się na dystanse 5 i 10km.

Drugi z reprezentantów Kenii, George Kiprotich Rono, był zawodnikiem jednego biegu. W czasie trwania swojej 10-letniej kariery sportowej uzyskiwał w 85-ciu procentach wyniki powyżej 8 minut i 20 sekund. Traf chciał, że swoje rekordowe 8:12.0 uzyskał w olimpijskim 1980 roku. Byłby zapewne groźnym rywalem Malinowskiego, mógłby wmieszać się w strefę medalową jednak 8:12 było absolutnym szczytem jego możliwości. Nigdy przedtem ani potem nie zbliżył się do tego wyniku. Jego szanse na nawiązanie walki z Malinowskim były raczej niewielkie.

Henry Marsh ze Stanów Zjednoczonych - nr „6” na liście najlepszych ówczesnego sezonu legitymował się życiówką 8:15.68. Był jednak „żółtodziobem” w międzynarodowym towarzystwie i zbierał doświadczenie. Analizując jego późniejszą karierę, której apogeum przypadło na lata ’83-’86, należy stwierdzić, że był zawodnikiem o niskiej skuteczności. Na międzynarodowych imprezach plasował się z reguły w okolicach 6-stej pozycji. Największym jego sukcesem było miejsce tuż za podium podczas Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles, na których zabrakło m.in. będącego u szczytu możliwości Bogusława Mamińskiego. Marsh był również pechowcem, czego dotkliwym przykładem był upadek podczas MŚ w Helsinkach. W konfrontacji z ówczesną czołówką nie miał najmniejszych szans na choćby otarcie się o strefę medalową.

Poza wyżej wymienioną trójką nie było w tamtym czasie innych, najwyższej klasy przeszkodowców. Pomijając wysoki poziom Kenijczyków i Amerykanina należy wziąć pod uwagę jeszcze jedno zagadnienie mianowicie zderzenie z „turniejową” rzeczywistością. O ile Rono mógłby sobie poradzić z trzema startami w ciągu 5-ciu dni, o tyle dla dwóch pozostałych byłby to zapewne poważny kłopot.

Z czystym sumieniem i pełną świadomością można powiedzieć:

Bronisław Malinowski był w roku 1980 najlepszym przeszkodowcem świata.

      
*1 - A.Gowarzewski, G.Stański "Olimpijskie kuranty"