Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Prolog

Prolog
Wczesnoczerwcowe promienie słoneczne potęgowały leniwą atmosferę świątecznego popołudnia. Bodźce zewnętrzne docierały do moich narządów zmysłów z pewnym opóźnieniem. Ludzie ubrani w swoje najbardziej eleganckie części garderoby poruszali się, jakby w zwolnionym tempie, świadomie trwoniąc oderwany od codziennego kieratu czas. W tym czwartkowym marazmie Bożego Ciała czułem się jeszcze bardziej zagubiony i niezdecydowany. Moje myśli przypominały rozsypane i wybrakowane puzzle. Chaotycznie zapowiadający się dzień, zmieniła wizyta w sklepie spożywczym…


Zanim tam jednak trafiłem powitał mnie w późnych godzinach nocnych element, do którego powinienem dotrzeć na samym końcu. Towarzyszący mi w czasie zbyt długiej podróży niepokój osiągnął apogeum, kiedy to z ciemności, przyćmionej mgłą, wyłoniła się stalowa konstrukcja. Środek nocy, pustka wokół, padający deszcz i, zdawałoby się, dudniące echo tragedii, która miała miejsce przed blisko trzydziestoma laty. To wszystko razem wzięte stanowiło klucz do, niewłaściwych w takich okolicznościach, drzwi rozbudzonej o 2:20 wyobraźni. Most wyglądał monstrualnie. Niekończący się tunel jedenastu przęseł, oświetlony brzydkim, żółtym światłem, przypominał kadr wyjęty ze wspomnień osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Gigantyczny, martwy twór, nabierał ludzkich cech i sprawiał wrażenie niezadowolenia z mojej obecności. Przemieszczałem się, mimo wszystko powoli, w kierunku jego drugiego końca. Wiedziałem, że kroczę dosłownie po śladach ostatniej prostej Mistrza. Wyłaniające się zza nocnej kurtyny nienaturalne masy wiślanej wody, niesionej majową powodzią, potęgowały świadomość bezsilności ludzkiej. Bezsilności, jakiej doświadczył w ostatnich sekundach swojego życia Bronisław Malinowski.

 


Most im. Bronisława Malinowskiego w Grudziądzu
foto: Anna Kłyż


Echa tych sekund nasłuchiwałem kilka godzin później za dnia, kiedy wszystko było już rzeczywiste. Most był mostem, Wisła, choć nad wyraz obfita, była znowu Wisłą. Nie miałem żadnego punktu „zaczepienia” oprócz standardowych informacji dostępnych dla każdego w niezliczonej ilości artykułów o kopiowanej przez lata treści. Grudziądzki cmentarz, miejscowości – Nowe, Rulewo, Warlubie i wspomniany most – nieme części układanki spojone ze sobą historią jednego człowieka. Skromny, metalowy krzyżyk, pochylony nad miejscem, wyznaczającym metę życia Bronka Malinowskiego, był bardziej wymowny niż ozłocony pomnik. Miejsce to wprowadziło mnie w stan zadumy, który towarzyszył mi do końca pobytu w Grudziądzu i jego okolicach… Z mostu udałem się na cmentarz. Jaką ikoną jest Malinowski dla Grudziądzan, przekonałem się, szukając miejsca jego wiecznego spoczynku. Każda z pytanych osób wiedziała, tłumaczyła i w rezultacie prowadziła mnie na spotkanie z legendą. Grób wyróżniał się pomnikiem wykonanym na kształt znicza olimpijskiego. Najbardziej jednak uwagę mą zwrócił cytat, widniejący na płycie:


Trzeba nam zawsze w górę iść,

Choć nieraz nęka życie,

A jeśli przyjdzie kiedyś paść,

To zawsze paść na szczycie.


Te cztery wersy dosłownie oddają treść życia Bronka. Końca jego niestety też, odszedł przecież będąc na absolutnym szczycie… Przy grobie Mistrza czułem dziwne skrępowanie, coś na kształt nieprzygotowania się do rozmowy z legendą. Niestety grób milczał, tak jak wcześniej most.


Foto: Anna Kłyż

 

Błądziłem dalej, udając się na przeciwny skraj 30-letniej historii życia Malinowskiego. Bardzo kręta, wznosząca się coraz wyżej trasa, doprowadziła mój ledwo zipiący, 14-letni samochód do miejscowości Nowe. Kojarzone jest mocno z postacią Bronka ze względu na fakt encyklopedycznej informacji na temat miejsca jego narodzin. Nowe było zatem początkiem nowego życia przed niemal dokładnie pięćdziesięcioma dziewięcioma laty (dzień później były urodziny Mistrza). Właśnie tam udałem się do wspomnianego wcześniej sklepu spożywczego. Chciałem, aby ten „muzealny” dzień kroczenia wyłącznie po oczywistych śladach i oglądania niemych eksponatów, nabrał bardziej ludzkiego wymiaru. Zapytałem panią sprzedawczynię o ośrodek zdrowia, w którym na świat przyszedł Bronek. Po otrzymaniu odpowiedzi, moja rozmówczyni dodała, iż w okolicach mieszka jeszcze jeden z braci Bronka – Maks. Nie wiedziała gdzie dokładnie, sądziła jednak, iż są to okolice Warlubia. Ta skąpa informacja stanowiła zwrot w „śledztwie”. Była ogromną motywacją do dalszych poszukiwań. Udałem się do Warlubia, przemierzyłem bez celu jego ulice kilka razy w tę i z powrotem kierując się w rezultacie do Rulewa, rodzinnej wsi Bronka. Zniszczony asfalt, którego brak odczułem w pewnym momencie, wpadając w ogromną wyrwę, doprowadził mnie do zaszytej na skraju Borów Tucholskich malutkiej wsi. Urokliwy zakątek, przepełniony do granic możliwości zielenią, dawał wytchnienie zmysłom, zmęczonym miejskim obrazkami.


-Czy mógłby mi Pan wskazać dom, w którym mieszkał Mistrz Olimpijski Bronisław Malinowski ?

- Pan mówi głośniej!!!

-Czy mógłby mi Pan wskazać dom, w którym mieszkał Mistrz Olimpijski Bronisław Malinowski ?!!!

- A on to w Grudziądzu teraz mieszka!!!

- To chyba niemożliwe…!!!

- Tak! W Grudziądzu mieszka!!! Ale dom stoi, mieszkali tu kiedyś Malinowscy!!!


Po tej dość zaskakującej wymianie zdań z zaawansowanym wiekowo mieszkańcem Rulewa, udaliśmy się do miejsca, gdzie do dziś stoi rodzinny dom Bronka. Ów człowiek dopasował kolejny ważny element układanki.



Skromny domek, z „nadgryzioną” dobudówką, zdradzał częścią otoczenia swoją aktualną użyteczność. Wyjmując nieśmiało aparat fotograficzny, spotkałem się ze wzrokiem nadjeżdżającego volkswagenem golfem chłopaka. Wzrok zdradzał dystans i nieufność w stosunku do mojej osoby. Podjąłem rozmowę, wyjawiłem cel mojej obecności - twarz młodego człowieka automatycznie rozpromieniła się. Dowiedziałem się, iż aktualnie on właśnie zamieszkuje „bronkowy” dom. Doskonale znający losy rodziny Malinowskich, opowiadał mi, gdzie mieszkają, ile mają lat i co robią członkowie tegoż klanu. Uderzająca była wysoka kultura osobista mojego około 20-letniego rozmówcy. Okazało się, iż znajduję się około 8 km od domu Maksymiliana Malinowskiego. Z bijącym mocniej sercem udałem się do miejscowości Płochocinek, gdzie miałem nadzieję poznać brata Mistrza. Nieprzypadkowo błądziłem szukając „schowanego” w zieleni domu Maksa. Dość niezgrabnie, bo w święto i zupełnie od tyłu zjawiłem się na posesji państwa Malinowskich. Czułem się idiotycznie, wkraczając „tylnymi drzwiami”, wprost w świąteczny podwieczorek. Przepiękna okolica, taki również domek, nasunął mi jedną myśl - „ale tu beztrosko”…


O beztrosce i gorzkiej rzeczywistości, o okrutnym kole, jakie potrafi zatoczyć historia, o miłości rodzinnej i nie tylko – za tydzień w rozdziale pierwszym.

FORUM DYSKUSYJNE