Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Zdobywając szczyty Gór Skalistych [relacja]
Kolorado - całkiem inna Ameryka. Pustynia się skończyła, pożegnaliśmy na moment Dziki Zachód, aby pobiegać po słynnych na cały świat Górach Skalistych. To tu narodziło się górskie bieganie, to tu jest jego nieoficjalna stolica, czyli Boulder, to wreszcie tu mieszkają takie gwiazdy biegania jak Scott Jurek i Anton Krupicka.

Chcieliśmy to poczuć na własnej skórze, zatem po wyczerpującej podróży (420 mil). Z samego rana wyruszyliśmy na szlak Mt. Deer. Startujemy z wysokości naszym Rysów, ale wokół wciąż wysokie drzewa. Ścieżka jest łatwa, dość biegowa, stromizm nie ma aż do szczytu, który wznosi się na wysokość 3052 m.n.p.m. skąd rozpościera się widok na czterotysięczniki.



Czuć w płucach, że jest wysoko, ale zbiega się fenomenalnie - nie wiadomo kiedy mija nam 10 km i postanawiamy jeszcze pobiegać po "płaskim". Znów startujemy z 2500 i niemal ciągłym biegiem docieramy do Cub Lake. Góry Skaliste są jednak łaskawe tylko do południa, potem wypraszają nas burzą i uciekamy w ostatniej chwili.

Kolejny dzień to już prawdziwe wyzwanie - wspinaczka na Flattop Mountain. Szczyt góry faktycznie jest płaski jak stół jednak jego wysokość to aż 3756 metrów. 7 km nieustannie pod górę, z każdym metrem robi się zimniej, na 3300 kończy się roślinność i tylko susły piszczą na kamieniach oraz gwiżdże wiatr. Na górze rozpościera się widok na lodowiec, ale przy 4 stopniach powyżej zera nikt nie ma ochoty zbyt długo go podziwiać. Dlatego pojedynczo zbiegamy do Bear Lake na zasłużony odpoczynek. Niemal 15 km wysiłku powyżej 2800 m, robią swoje. A autach nie śpią tylko kierowcy. Za nami kolejny, niesamowity dzień!



Po wyczerpującym bieganiu odwiedziliśmy jeszcze kultowe miasteczko Boulder i udaliśmy się w kierunku Utah. Znów skwar i czerwona ziemia, ale w nieco innej odsłonie. Capitol Reef National Park wita nas momentalnymi klifami, ciętymi żyletką. Truchtamy szutrową ścieżką mając wrażenie, że zaraz to wszystko nas przygniecie. Jeden z klifów nosi nazwę Echo, więc próbujemy - okrzyki długo dźwięczą w uszach.



Potem w górę, po zastygłym, czerwonym cemencie, który zmienia swe odcienie co krok. Meta to Cassidy Arch - niezwykle fotogeniczny łuk, ostatni na naszej liście. Tylko skały i my. Próbujemy nacieszyć się tym widokiem, bo przed nami już tylko jeden park...



Bryce Canyon - opis będzie nieudolny. Jedna z uczestniczek mówi, że Ameryka znów ją zaskoczyła. To już nie skały - to zastygali Indianie, królowa Wiktoria, młot Thora, ulica Wall Street. Góry działają tu na wyobraźnię. Kształt i kolor oszałamia. Bieganie zmienia tutaj wymiar...

Czas budzić się z biegowego snu bo jedziemy do miasta, które nie zasypia - Vegas. Potem Route 66 w kierunku LA i lądujemy nad Wisłą.