Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Być sobą – relacja z ultramaratonu Tor Des Geants
Przeżył i opowiedział Jacek Bastian. Spisała Jolanta Blaszkowska-Bastian.

Kiedy wybierałem się na ultramaraton Tor Des Geants (330 km/ 24.000 m przewyższeń) wiedziałem, że tylko moi bliscy i przyjaciele są gotowi bezwarunkowo przyjąć taką decyzję. Otoczenie reagowało niedowierzaniem, zdziwieniem, czasem nawet doszukiwano się u mnie zaburzeń. Tak się dzieje, gdy oceniamy motywy czyjegoś postępowania z perspektywy własnych doświadczeń. Tymczasem świat jest pełen ludzi, którzy pasje i wartości nie tylko deklarują, ale przede wszystkim praktykują. Jestem jednym z tych ludzi. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką dał mi Tor Des Geants jest wolność . Wolność – od potrzeby uzasadniania dlaczego lubimy robić to, co robimy. Tu działa fizyka wrażliwości – albo ktoś  jest ciekaw i chce poznać nasz świat albo pragnie go jedynie poddać ocenie. Ta zasada działa również w biznesie. Moje najlepsze kontakty z klientami zawsze wynikały z ciekawości. Tam gdzie ciekawość pokonuje obawy rodzą się najlepsze relacje biznesowe.



Drugą rzeczą, którą dał mi Tor Des Geants jest silne poczucie autentyczności. Ultramaraton to ekstremalne doświadczenie. Widzisz siebie bez upiększeń i bynajmniej nie o urodę tu chodzi. Musisz zmierzyć się z odcieniami własnej brzydoty od fizyczności po emocje, myśli i zachowania. Tu jest wszystko. Żadnej emocji nie stępisz. Żadnej myśli nie zagłuszysz inną. W ultramaratonie potrzebujesz z tym wszystkim być. Nie walczyć na siłę bo wówczas wróci ze zdwojonym efektem. Potrzebujesz robić swoje pomimo tego, co czujesz i myślisz. Czasem też pomimo tego, co czują nogi i żołądek. W biznesie jest podobnie. Można działać nawet, kiedy za plecami stoją: strach, niepewność, małe umiejętności. Tylko chęci udźwigną niedostatki talentu (przy czym „niedostatek” nie równa się „brak”).

Na Tor Des Geants byłem z ludźmi z całego świata, których łączyła wspólna pasja oraz szacunek do gór i do siebie nawzajem. To właśnie szacunek okazywany sobie przez ultramaratończyków oraz ich otwartość sprawiła, że poczułem się „u siebie”. Nie jestem pewien, czy potrafię oddać słowami istotę szacunku, którego tam doświadczyłem. Wiem tylko, że to właśnie szacunek sprzyjał temu, by być sobą.



W naszych realiach to, co ludzi zadziwia, to nie tyle czyjeś autentyczne zachowanie, co raczej odwaga pokazania go. Dlaczego? Bo szczerość bywa niezręczna. Budzi wstyd. Nie zawsze jest bezpieczna. Można wywołać niepokój w otoczeniu a nawet doznać uszczerbku w karierze. W biznesie ludzie często stawiają sobie warunki, by pozwolić sobie na bycie sobą. W rezultacie autentyczność podlega metamorfozie i powstaje zupełnie nowy „produkt” o nazwie przystępność. Jego główną zaletą jest strawność dla otoczenia. Wielokrotnie przekonywałem się, że z powodu autentyczności bywam bardziej narażony na ciosy ale za to mogę codziennie patrzeć ze spokojem w lustro. Przemierzając ponad 330 km uodporniłem się na straty, jakie niesie ryzyko bycia sobą.

Tor Des Geants to przygoda mojego życia i jednocześnie kalejdoskop wniosków. Kiedy biegnie się lub idzie w otoczeniu niezwykłych alpejskich szczytów trzeba umieć troszczyć się o siebie. Źle postawiony krok, zbyt duże zmęczenie to ryzyko wypadku. Umieć troszczyć się o siebie to czuć swoje granice. To wyczuwać moment , kiedy trzeba się wycofać – położyć, odpocząć czy wręcz zrezygnować. Nie czarujmy się jednak – zejść z trasy to ból. Czasem to gorszy ból niż ten odczuwany fizycznie po ekstremalnym wysiłku. To poczucie zawodu, złości na siebie i nie ma znaczenia czy to okoliczności zawiodły, czy ciało odmówiło współpracy. Fakt jest tylko faktem. Jak w biznesie. Nikt cię nie usprawiedliwia z powodu okoliczności. Nikt nie wie jak i czy się starałeś. Może nas to wkurzać. Może dołować. Pytanie czy nas to zatrzyma? Poznałem ludzi, którzy mówili, że tkwienie w miejscu boli bardziej, niż porażki doznawane, kiedy idziemy. Gramy w biznesie tym, co mamy – co dały nam geny, wychowanie, doświadczenia i napotkani ludzie. Ale skąd mamy pewność ile tak naprawdę mamy?



To, że znalazłem się na Tor Des Geants w tak bajecznym otoczeniu przyrody i niezwykłych ludzi nie jest przypadkiem. Pracowałem na to konsekwentnie od dawna. Nie biegam dla wyniku, choć zawsze staram się o progres. Wiem, że to nie szybkość tylko wytrzymałość jest moją cechą. Kiedy biegam ścigam się sam ze sobą a nie z innymi. Jadąc na  Tor Des Geants nie miałem planów, co do wyniku – chciałem jedynie zmieścić się w limicie i doświadczyć swojej siły. Stało się to osiągalne dzięki konsekwencji. Konsekwencja ma niezwykłą moc przyciągania celów. Jest rodzajem umowy z samym sobą. Obietnicą złożoną sobie. Staramy się na ogół dotrzymywać obietnic, które składamy innym ludziom. Czy z równą konsekwencją dotrzymujemy tych, złożonych sobie?

Od kilkunastu lat działam w sprzedaży (sam sprzedaję, zarządzam, jestem przedsiębiorcą) i wiem, że ta dziedzina żyje rywalizacją. Jestem jednak głęboko przekonany, że wartościowe osiągnięcia i frajda z nich, rodzą się z mierzenia z samym sobą. Czemu z samym sobą a nie z innymi? Stoi za tym prosta prawda - zawsze znajdą się lepsi od nas (mądrzejsi, efektywniejsi czy bardziej wygadani). Na Tor Des Geants wszyscy, którzy przede mną ukończyli ten ekstremalny bieg byli ode mnie lepsi. To mnie nie powstrzymało. Ich odwaga była po prostu zaraźliwa a może to ja pozwoliłem sobie się nią zarazić. W każdym razie zrealizowałem swoje marzenie - ukończyłem Tor Des Geants! Przemierzyłem 330 km w ponad 149 godzin w alpejskim górzystym terenie, pełnym ekspozycji i śniegu. Spałem  niecałe 10 godzin na trasie. Zmieściłem się w limicie, tak jak tego chciałem. Z ponad 800 ultrasów bieg ukończyła połowa. To przywilej znaleźć się w tym gronie. Dzięki temu doświadczeniu zajrzałem do środka siebie jak do studni i bardzo mi się spodobało, to co tam zobaczyłem.

Najważniejszą myśl zostawiam jednak na koniec, bo od niej przygoda biegowa się zaczyna i na niej się rozwija. Cokolwiek w naszych biznesach się dzieje, w życiu i tak najbardziej liczą się ludzie, którzy stoją u naszego boku. Lojalni, ufni i akceptujący… Może nie być ich dużo. Zaledwie garstka. Może jeden. Ja podczas Tor Des Geants  miałem zdalny sztab. Cała rodzina oraz dobre duchy - Wojtek, Maciej i Renata telefonami i sms-ami  sprawiali, że choć samotny w trasie, mentalnie ciągle byłem wśród przyjaciół. Bo siła w nas bierze się z poczucia więzi z tymi, którzy pozwalają nam być sobą. Moja żona od kiedy ją znam mawia, „Tyle wolności ile miłości, tyle miłości ile wolności”. Właśnie dzięki temu zdobywam swoje góry.

Mój kolejny biegowy plan powstaje z wdzięczności. To szczególna wdzięczność, bo za odzyskane w naszej rodzinie życie. Moja siostra zapadła na rzadką chorobę krwi, w wyniku której w krótkim czasie zapadła w śpiączkę. Jej dramatyczna walka o powrót do życia i szczęśliwy finał pokazała nam, że życie bywa kruche, ale my potrafimy być silni. Z wdzięczności za odzyskane życie i w trosce o tych, którzy podobnie jak moja siostra mogą pewnego dnia poczuć tę kruchość, organizuję zimowy bieg brzegiem morza. Trasa będzie przebiegać od zachodu do wschodu Polski. Cel będzie charytatywny – będziemy wspierać Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Gdańsk. Każdy kto zechce, na którymkolwiek odcinku dołączyć będzie mile widziany. Bez znaczenia ile przebiegnie, ile przejdzie – ważne, że w dobrym celu.


Autorzy