Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

I'LL MOVE MOUNTAINS

I'LL MOVE MOUNTAINS
Kuba Krause, Bieganie.pl: Jakiś czas temu (pół roku?) wybrałem się na wybieganie z Agą Korpal. Biegł z nami nieznany mi dotąd Krzysiek. Czasu było sporo, gadaliśmy o tym i owym, aż w pewnym momencie Krzysiek zaczął opowiadać o swoich przygotowaniach do UTMB, więc nadstawiłem uważnie uszu. Do tej pory myślałem, że to moja historia jest ciekawa i że to mój bieg jest WAŻNY. Szybko zrozumiałem jednak, że to tylko moje zadufanie w sobie kazało mi tak myśleć.

Kilka lat temu Krzysiek miał wypadek. Cud, że przeżył. Lekarze nie dawali mu wiele szans na powrót do pełnej sprawności, która pozwalałaby na uprawianie sportu. Piszę o tym w suchych, prostych słowach, bo tę historię musicie poznać sami (http://trail168.pl/moja-historia/). Krzysiek sam lubi mówić o sobie, że „stwierdzono u niego 30% uszczerbku na zdrowiu; tak naprawdę nie lubi biegać, ale jeszcze bardziej nie lubi lekarzy, którzy twierdzą, że czegoś nie może.” Dość powiedzieć, że przed miesiącem ukończył Ultra Trail du Mont Blanc, jeden z najtrudniejszych ultramaratonów górskich na świecie (dystans 170 kilometrów, 10 000 metrów podbiegów) i najbardziej prestiżowy bieg tego typu.

Ale to jeszcze nie wszystko. Podczas, gdy co poniektórzy urządzają z UTMB i faktu jego ukończenia festiwal własnej próżności, którego ukoronowaniem jest paradowanie w kamizelce finishera przez kolejne kilka miesięcy (vide autor tego wprowadzenia), Krzysiek nadał dodatkowy sens temu wydarzeniu. Umówił się z firmą York, że za każdy pokonany przez niego kilometr biegu 100 złotych wpłynie na konto Wielkopolskiego Związku Inwalidów Narządu Ruchu Koło Owińska, a jeśli Krzysiek dotrze do mety, sponsor zaokrągli sumę do 20 000 złotych. Kamizelki finishera zapomniał odebrać…

Poniżej znajdziecie szczegółową relację Krzyśka ze zmagań z trasą UTMB, z własnym ciałem oraz psychiką. Czyta się ją z zapartym tchem jak doskonałą powieść z tą różnicą, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Znajdziesz tam ból, cierpienie, sporo wulgaryzmów, bez których nie da się ukończyć UTMB, ale również wiele piękna gór, dobrej literatury i humoru. Co najważniejsze, historia ta nie pozwala czytelnikom pozostać obojętnymi i wprawia nas w rezonans, w efekcie którego sami zaczynamy działać. Czy to będzie górski ultramaraton, osiedlowa „piątka”, wolontariat w akcji na rzecz potrzebujących – zależy tylko od Ciebie.

Jeżeli spodoba się Tobie relacja Krzyśka, możesz wyrazić swoje uznanie i sympatię w bardzo prosty sposób – oto numer konta:

Wielkopolski Związek Inwalidów Narządu Ruchu Koło Owińska
ul. Kolejowa 3, 62-005 Owińska
BZ WBK 46 1090 1346 0000 0001 1970 2905



I'LL MOVE MOUNTAINS

(słuchałem tego bardzo często w trakcie treningów, podczas których widziałem siebie daleko i wysoko)


Oh cry my friend no more,
You've seen your stars aligning I am sure,
You etched all of your circles in the sand,
And now your hopes horizons are at hand,
A light against the darkened sky,
Your truth must outshine all the lies it’s true,
But from the outside looking in,
I say I'll move mountains!
(…)
(There's a wolf pack on your heels it's after you)

Tekst ten jest zapisem rzeczywistych wydarzeń.

Nawet, jeśli wydaje się, że są one nieco barwniejsze, niż mogłoby podpowiadać doświadczenie, wierzcie mi, że nic, o czym tu czytacie, nie ma swoich korzeni w krainie fantazji (może oprócz niewinnego żarciku z udziałem Ronalda D. Siegela).

W 2007 r. wyposażony w śruby i metalowe pręty stabilizujące kręgosłup opuściłem oddział neurochirurgii pewnego czeskiego szpitala. Wyruszyłem w długą podróż. Jej koniec miał miejsce tam, gdzie się spodziewałem. Wysoko i daleko. Było warto. Każdy dzień, gdy nosiłem w sobie małą drzazgę, którą właśnie wyjąłem, był tego wart. Na końcu tej dalekiej drogi, na jej ostatnich metrach przypomniało o sobie być może to, co kazało w nią ruszyć.

Idealny okrąg.

Wąż pożera swój własny ogon.

Wielki Wyścig wołał mnie od kilku lat. Wołał mnie nie jako wyzwanie, nie jako próba, nie jako zawody. Wołał mnie i zapraszał, żebym go sobie wziął jako dar uwolnienia od przeszłości i pozostawienia za sobą tego, co od wielu miesięcy i lat ciągnę.

Przepraszam, jeśli kogoś razi chwilami bezkompromisowy język tej opowieści. Między wczesnym wieczorem piątku 28.08.2015 a nocą z soboty 29.08 na niedzielę 30.08.2015 nie było miejsca na kompromisy.


PROLOG

(w którym niczego się nie dowiadujemy)

The Truth Begins
https://www.youtube.com/watch?v=e37COPwH-io
the truth begins, begins, begins


    Zuza wyjeżdżała zdobywać Elbrus i Kazbek. Przed lotem pożegnała się z Krzywym przez Facebooka.
    „Powodzenia na Wielkim Wyścigu! Daj z siebie wszystko!”.
    Jasne. Luzik. Jest tylko jeden problem.
    Nigdy nie wiadomo, co to znaczy „wszystko”.
    Nigdy.

***
    W czasach, gdy po dziurawych ulicach jeździły auta z czarnymi tablicami rejestracyjnymi, gdy nie można było składać zleceń giełdowych przez Internet i gdy paradowanie w dwurzędowych marynarkach w kolorze kompostu należało do dobrego tonu, do pewnego zanurzającego się w nowoodkryty rausz konsumpcji, leżącego nad Wisłą kraju, przyjechał Simon-Peter.

    Simon-Peter był otyłym, jowialnym Holendrem bez cienia jakichkolwiek kompleksów. Swojego porysowanego, białego plastikowego Citroena BX miał za najlepszy samochód na świecie („bo hydraulika”), swoją dość szpetną i grubawą dziewczynę miał za Miss World („she’s the most beautiful girl in the world, I’ll show you”), a kawałki, które non stop puszczał, miał za najwybitniejsze dzieła w historii muzyki („Technohead – I Wanna Be A Hippie, maaaaaan, that shit kicks aaaaasssss”). Simon-Peter był też zadeklarowanym, chociaż dość liberalnym (jak każdy Holender) baptystą i zażyczył sobie, żeby polski szczeniak, do którego przyjechał w odwiedziny, znalazł mu gdzieś w Polsce nabożeństwo baptystów, którego był niezmiernie ciekaw. Polski szczeniak był równie ciekaw, a poza tym była to świetna okazja, aby na pół dnia zerwać się z chaty, zatem już niedługo potem gówniarz pożyczył od ojca Alfa Romeo 33 w kolorze szampana (silnik boxer!) i pojechał z Holendrem do Dużego Miasta.

    Duże Miasto stresowało szczeniaka, bo w Dużym Mieście były ronda i sygnalizacja uliczna. Było tam dużo ludzi i innych samochodów, ale w końcu udało się dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Młody nie spowodował po drodze stłuczki i nie wymusił ani razu pierwszeństwa, a jedyne, co wywinął, to wjazd w żywopłot przed kościółkiem baptystów. Ogólnie zatem nic się nie stało.

    Simon-Peter zrobił niemałą furorę przed drobnym budynkiem z czerwonej cegły – najpierw wyciągnął skręta, a zszokowanym miejscowym baptystom, którzy w porządnym przyodziewku zmierzali po cichu na nabożeństwo wytłumaczył, że w Holandii to normalne, a po nabożeństwach idzie się z pastorem na browara. Simon-Peter dodatkowo twierdził, że przygotowuje się do posługi duszpasterskiej, ale z pewnością daleko mu było do archetypicznego protestanckiego pastora.

    Usiedli. Młody był pod wrażeniem ascetycznej sali, perkusji pod ścianą i ogólnej atmosfery żarliwości tego miejsca. Mijały minuty spontanicznych modlitw przerywanych wspólnym śpiewem. W końcu na środek wyszedł dobrze uczesany, schludnie ubrany brodaty pastor, otworzył Biblię i zaczął mówić o wybranym przez siebie fragmencie.

    Wracali zadowoleni. Simon-Peter był ukontentowany, bo zobaczył, jak to jest w Polsce („u nas jest więcej luzu!”), a szczeniak cieszył się, bo zobaczył, że da się inaczej. A poza tym zrobił prawie 100 km za kierownicą i nikogo nie zabił.

    Gdy puchnące i czerwieniejące słońce powoli przygotowywało się do miękkiego lądowania za linią horyzontu, udali się do katolickiego, średniowiecznego bunkra w Małym Mieście. Młody chciał, aby seans rzymskiej celebry minął jak najszybciej, bo w mieszkaniu w szarym bloku z wielkiej płyty, stojącym przy kominie cukrowni mama przygotowywała już kolację. Cieszył się, że zjedzą dobre pieczywo (Simon-Peter uwielbiał polski chleb) i coś smacznego, oraz że odetchną od „holenderskich kolacyjek” grubasa, które ku uciesze ojca i przerażeniu matki składały się głównie z krakersów, majonezu, paluszków, chipsów i piwa.

    Na ulicach było raczej pusto. Zbliżali się wolno do dość szpetnej gotyckiej budowli, wokół której jak kurczęta przy kwoce przycupnęły skromne kamieniczki o szarych fasadach. Weszli przez ogromne wejście do nawy głównej i usiedli w chłodnym, zacienionym sarkofagu. Przez witraże wlewały się coraz bledsze oddechy wieczornego światła, przez którego smugi w górę w i dół wędrowały drobiny pyłu. Simon-Peter gapił się w barokowe nagrobki jak sroka w kość i jednocześnie wsłuchiwał się w irytujący szelest języka, z którego nie rozumiał ani słowa. Młody bezmyślnie wlepiał wzrok w ławki wykonane z ciemnego drewna i stukał palcami w kolano albo drapał się po głowie.

    Na ambonę stojącą na tle imponującego ołtarza wtoczył się tłusty klecha, który w potencjalnej walce z Simonem-Peterem z pewnością dostarczyłby gorących emocji wszystkim miłośnikom amatorskiego sumo. Otworzył opasłą książkę w czarnej okładce i zaczął głosem pozbawionym emocji odczytywać kolejne słowa, jak gdyby zapowiadał przejazd pociągu towarowego. Czytanie z Listu św. Pawła, proszę odsunąć się od torów.

    Padły pierwsze słowa. Młody zamarł.
    - Hej, chłopie – syknął cicho – On czyta to samo, co dzisiaj u baptystów. Ale baptyści to sobie mogą chyba czytać co chcą, a tu u nas jest ustalony kalendarz czytań. No ale tu i tam czytają to samo! To jakiś zbieg okoliczności chyba. Co-in-ci-den-ce.
    Simon-Peter wolno przekręcił głowę.  
- Słuchaj teraz uważnie! – odpowiedział cicho, ale wyraźnie, ruszając nalanymi policzkami  – To nie przypadek. To dla ciebie. Znak. Dar.
    Ty tak na poważnie, grubasie?
    Seriously?
    You fuckin’ mean it?

ROZDZIAŁ 1.

(w którym wszystkim się wydaje, że grają w jakimś teledysku)
That’s The Way I Like It
https://www.youtube.com/watch?v=83I9El6C47A
that the way uh-huh uh-huh I like it

    Krzywy uwielbiał te momenty. Uwielbiał te rzadkie chwile, gdy ślizgał się jak na łyżwach po powierzchni życia. Gdy był flow. Gdy szły iskry. Gdy wszystkie elementy układanki idealnie pasowały. Gdy beat siedział, a muzyka niosła, gdy serce biło nieco szybciej, a myśli odrywały się od ziemi i już nie dało się ich złapać. Gdy sunął przed siebie i nie czuł żadnego oporu. Gdy nie niósł ciężaru. Gdy przestawał myśleć mierzalnymi kategoriami.

    Szukając na oślep jakiejś dobrej francuskiej radiostacji wpadł właśnie na KC And The Sunshine Band „That’s The Way I Like It”. Pokrętło głośności ustawił tak, żeby przetestować wytrzymałość szyb samochodu, wrzucił trójkę i przejechał szybko obok stacji kolejki górskiej na Aiguille du Midi. Po lewej lśniła skalno-lodowa katedra masywu z gigantycznym, aczkolwiek z roku na rok coraz mniejszym jęzorem lodowca des Bossons. Gdzieś z góry nieśmiało zerkał błyszczący bielą obły łeb szczytu Mt. Blanc, na który dawno temu Maciej Berbeka zaciągnął Krzywego jak, nie przymierzając, pierwszego lepszego tępego barana. Po prawej rozpościerał się leśno-skalny mur Le Brévent. Nad głowami Krzywego, kozic górskich i chamstwa, które zjeżdża się do Chamonix z całego świata szybowały eskadry wielobarwnych paralotni i szukały bąbli termiki. Pod samym sufitem sali dyskotekowej płonęła złotym żarem ogromna kula słońca. Ktoś tu chyba kręcił reklamę nowego modelu telewizora.

    That’s the way uh-huh uh-huh I like it!

    Na dość ciasnym rondzie zjechał na E25, dodał gazu i ustawił się nieco za blisko za zderzakiem czarnego kabrioletu na szwajcarskich numerach, którym jechały jakieś dwie dziewczyny. Przez chwilę z cielęcym zachwytem gapił się na ich rozwiane włosy i pomyślał, że może fajnie byłoby pojechać za nimi aż pod samą szwajcarską granicę.

    That’s the way uh-huh uh-huh I like it!

    Nie dzisiaj. Dzisiaj musi uciekać na zjeździe nr 30 i jechać do Les Bossons, gdzie na uroczym campingu Les Marmottes przyjmie w atmosferze skupienia i refleksji swoją dzisiejszą porcję żarcia (kasza jaglana z serem i garem warzyw, popita wodą mineralną z cytryną). Był już po przedpołudniowym treningu. Teraz żarcie i spanie. Czyli to, co w tym sporcie lubił najbardziej.

***

    Krzywy wjechał do Szwajcarii bardzo skoncentrowany. Miał powody. Najpierw na granicy w Bazylei zostali przetrzepani przez szwajcarski Grenzschutz. Młody, wysoki funkcjonariusz w zielonym uniformie, mówiący szwajcarskim niemieckim (dobry Boże!) był bardzo zasadniczy. Sytuację ratowała całkiem ładna celniczka, która spoglądała na Krzywego matczynym wzrokiem i dawała mu do zrozumienia, że wszystko będzie dobrze.

    Gdy Krzywy stał obok samochodu i nie wiedział do końca co zrobić z rękami, a Trener Wycisk siedział w środku skrępowany pasami bezpieczeństwa, Szwajcar gorliwie przerzucał całą zawartość bagażnika Seata Toledo mając chyba nadzieję na znalezienie kontenera heroiny, wanny wypełnionej dolarami albo sudeckiego pociągu ze złotem. Jedyne, co znalazł, to skrzynka żarcia, jakieś śmieszne sportowe fatałaszki i parę butli z gazem. W końcu dał za wygraną. Nie ma dragów, nie ma gotówki, nie ma nawet dmuchanej lali. Oddał Krzywemu papiery i kazał zdupczać.

    Krzywy wiedział jednak, że to dopiero początek ewentualnych niespodzianek. Jechał zatem dość wąskim korytem szwajcarskiej autostrady jedynie 120 km/h i ani grama więcej, bo przecież nie był aż tak potężnym wschodnioeuropejskim oligarchą, aby pozwolić sobie na helwecki mandat. Poza tym pamiętał, że ostatnio, gdy tędy jechał, przegapił dość ubogie szwajcarskie oznaczenia autostradowe i nagle wylądował w Lozannie. Krzywy był grzeczny, silnik mruczał zadowolony i palił mało niemieckiej benzyny, harmonia wszechświata była nienaruszona.

    Mniej więcej w okolicach Berna ktoś na tle nieba po mistrzowsku wyciął z białego papieru bastion Eiger-Mönch-Jungfrau, który oświetlały promienie powoli zachodzącego słońca. Mimo, że Krzywy karmił się tym obrazem wiele razy, to niezmiennie robił on na Krzywym wrażenie surowością, rozmachem i majestatem. Trener Wycisk także był pod niemałym wrażeniem. Wymienili kilka uwag na temat widoku i zażartowali porównując go do obrazu, który można ujrzeć podczas wjazdu z Jeleniej do Karpacza.

   Krzywy czekał jednak na wjazd na dwunastkę i pozornie mało efektowne w porównaniu z Eigerem okolice La Gruyère. To chyba tu, w miejscu, gdzie łatwo przegapić ostry zjazd do motelu pierwszy raz w życiu ujrzał szwajcarskie Alpy. Przypomniały mu się czasy, gdy jako zakompleksiony smarkacz, który nie wierzył w to, że od życia można dostać cokolwiek więcej niż jałmużnę, wylądował pewnej deszczowej nocy w La Gruyère. W świetle poranka ujrzał skalne szczyty strzelające w niebo, którego błękit przeglądał się w alpejskim jeziorze, leżącym u stóp gór. Sentyment. Początki nabożnych pielgrzymek w alpejskie zakątki. Modlitwy nad mapami alpejskich krajów. Całe kwadranse spędzane przez mapą Włoch wiszącą w pracy Krzywego i gapienie się na ich północną granicę i okolice. Panie, to już lata całe.

     Szwajcarskie radio grało pop music z tego samego  komputera, które sterowało radiem w Niemczech, Krzywy postanowił zatem odpalić coś z płyty, którą przygotował w domu. Zestaw muzyczny Krzywego doprowadziłby do zawału każdego dyrektora radia z jakimkolwiek czytelnym formatem, bo był tam i Rex The Dog, i Kobong, i Talk Talk, i Atom 1 i Piotr Bukartyk. Czyli idealny zestaw na podróż na Wielki Wyścig.

    Trener Wycisk wyglądał na zajętego. Okazało się, że jest bardzo zajęty zajętością. Notował coś zawzięcie w swoim terminarzu i bezustannie przewracał kartki.

    - Wiesz – zaczął – chyba będę miał bardzo pracowity wrzesień.
    - Tak? – mruknął Krzywy -  A co?
    - No, ledwie teraz wrócimy z wyrypy, to chciałbym się poważniej zająć sklepem, ale chciałbym jeszcze może wyskoczyć w Tatry, w Bieszczady, muszę oznaczyć trasę Forest Run, może przejechałbym się na Kaszuby. Tam jest teraz świetny klimat, uwielbiam go. Kaszubska jesień, bajka.
    - To wszystko we wrześniu, tak? Za mało czasu – zachichotał Krzywy – Z Bogiem. Chyba, że we wrześniu 2015, 2016 i 2017.
    - Jakoś to ułożę. – odrzekł Wycisk – Będę próbował. A propos czasu, jakie masz założenia co do wyścigu? Tylko mi nie wciskaj kitu, że idziesz na limit.

    Krzywy nieco się zasępił. Bardzo nie lubił rozmowy na ten temat. Co prawda czuł, że jest dobrze przygotowany i nie przespał ostatnich sześciu miesięcy, bo nie stosował ukochanej przez niektórych strategii jakośtambycia, ale nie miał zielonego pojęcia na temat swoich możliwości i unikał jak ognia rozważań dotyczących miejsc i czasu.

    Podejrzewał, że prawdopodobnie jest w formie życia. Oprócz auta na podróż do Francji dodatkowo dostał dawno temu od ojca wielki dar: genetykę, dzięki której nie miał absolutnie żadnych tendencji do przybierania na wadze i metabolizm, który palił absolutnie wszystko w każdej ilości. Oprócz sprawnego samochodu ojca miał też ciało ojca. Chociaż szczerze powiedziawszy Krzywy miał czasem niejasne wrażenie, że mimo godzin katorgi, którymi pieścił swoje chude ciało, pod niektórymi względami wyglądał nieco mniej efektownie niż ponad sześćdziesięcioletni ojciec, który praktycznie nie skalał się nigdy żadnym sportem oprócz być może uprawiania warzyw. Mimo tego miał przekonanie, że ogólnie jest nieźle. Było, chyba było. Wlał w mechanizm perfekcyjnego metabolizmu dużo godzin treningowego paliwa. Co prawda w maju, gdy kontuzja mięśnia gruszkowatego i nacisk na nerw kulszowy zapaliły wszystkie czerwone kontrolki na desce rozdzielczej Krzywego powodzenie akcji stanęło pod znakiem zapytania, a sam Krzywy otarł się o depresję. Na szczęście dobry specjalista wyciągnął go na sportową powierzchnię i czuwał nad nim w chwilach, gdy Krzywy zatapiał się w amoku bezmyślnego treningu. Krzywy miał wagę startową, ale nie był na tyle wychudzony, aby opieka społeczna planowała obezwładnić go za pomocą chloroformu a następnie porwać i nakarmić siłą wykorzystując do tego największą łyżkę w gminie. Dyskretnie spojrzał na swoje smukłe, opalone ręce, zerknął w kierunku nóg w stanie gotowości do walki, które hartował na schodach, w górach i na płaskim, oblizał suche usta i powoli, nieśmiało  zaczął wypowiedź, dobrze ważąc każde, najkrótsze nawet, słowo:

    - Dobrze wiesz, że trudno to stwierdzić. Musiałbym częściej biegać jakieś setki, abym był w stanie określić moje możliwości. No ale za punkt odniesienia przyjmijmy mój zeszłoroczny start. Załóżmy, że potrenowałem, bo byłem parę razy w górach, może jeszcze trzyma mnie aklima z wyjazdu do Peru, nie będę w tym roku robił zdjęć, nie zgubię się, będę napierał. Powiedzmy, że 36 godzin. Co wyrwę poniżej 36 godzin to moje. Ale to taki dystans, że wszystko się może zdarzyć. Poza tym ja nie mam większego pojęcia na temat trasy. Nie czytałem wielu opisów i relacji, bo chcę, żeby to doświadczenie było tylko moje.
    - A słyszałeś o… ? – tu Wycisk rzucił nazwisko.
    - Nie.

    Wycisk podał jeszcze kilka nazwisk – jacyś biegacze na orientację, jacyś mocni kolesie z Beskidów, jacyś mistrzowie we wbieganiu na Mt. Blanc, jacyś kosmici. Krzywy nie znał żadnego.
    - No ale dlaczego pytasz, masz jakieś przewidywania co do miejsca w stawce?
    - No wiesz, przy dobrym wietrze… - zawahał się Wycisk – To może… widziałbym cię gdzieś w okolicach 6. miejsca wśród Polaków.

    Gromki śmiech Krzywego było słychać dosłownie wszędzie. Na szczycie Eigera, na Mt. Blanc, na Kamczatce. W domu Homera Simpsona, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Na Marsie. Na Biegunie Południowym. W Zarządzie Krajowym PSL układającym listy wyborcze. Nawet w Akademii Pana Kleksa. Ponoć słyszał go Rumcajs w Żaholeckim Lesie.

***

    Parę godzin przed denerwowaniem dziewczyn w cabrio na szwajcarskich numerach Krzywy żegnał Trenera Wyciska. Trener Wycisk przyjechał do Francji z zamiarem pokonania trasy Wielkiego Wyścigu kilka dni przed jego oficjalnym startem. Co prawda trasę rozłożył sobie na raty, ale samo przedsięwzięcie i tak wydawało się Krzywemu bardzo ambitne. Gdy pierwszy raz usłyszał o pomyśle Wyciska puścił go nieco mimo uszu, ale ten mówił o nim coraz częściej, aż w końcu proszę bardzo, oto stoją pod pomnikiem Jacquesa Balmata a Wycisk, nieco ponadnormatywnie obładowany dobytkiem, powoli godził się z myślą, że czas ruszać. Gdy kilkanaście minut wcześniej Wycisk dopijał kawę i za pomocą swojego Maca żerującego na jakimś francuskim wi-fi żegnał się ze swoimi fanami na Facebooku, Krzywy pobieżnie przestudiował porządnie wydaną przez Österreichischer Alpenverein mapę trasy i stwierdził, że Wycisk naprawdę będzie miał co robić. Był pod pewnym wrażeniem, bo wiedział, że Wycisk będzie musiał sam sobie zapewnić po drodze żarcie, spać najprawdopodobniej gdzieś po krzakach pod płachtą biwakową i na dodatek się nie zgubić. O to ostatnie akurat był spokojny, ale on sam pamiętał swoje ostatnie wyczyny nawet na całkiem nieźle oznaczonych trasach i był przekonany, że gdyby chciał pójść w ślady wyciskowej samodzielności, to z pewnością obejście masywu skończyłby gdzieś na granicy słoweńsko-austriackiej.

    Krzywy naprawdę lubił Wyciska. Lubił go do tego stopnia, że w jego obecności najczęściej nie zastanawiał się, co powiedzieć, nawet, jeśli czasem okazywało się, że wychodzi przez to na idiotę. Przy Wycisku czuł się swobodnie. Ale odrobinę cieszył się, że Wycisk znika. Będzie miał teraz swój czas. Przygotuje się do wyścigu. Po swojemu. Nie będzie pytań, nie będzie odpowiedzi. Nie będzie zastanawiania się, kogo zna, a kogo nie. Nie będzie matematyki, nie będzie prognozowania. Nie będzie planowania i zebrań w Centralnym Urzędzie Miar i Wag.

    - To co, pobiegniesz kawałek ze mną? – zapytał Wycisk.
    - No dobra, spoko. Ale najpierw zróbmy sobie jeszcze parę zdjęć na starcie.
    - Okej.

    Pstryknęli sobie parę fot pod bramą-konstrukcją z napisem SOMMET MONDIAL DU TRAIL, stojącą w samym centrum miasta i ruszyli. Po paru minutach opuścili główną ulicę zagraconą restauracyjnymi stolikami. Na rondzie wybrali kierunek na Les Houches.

    Było już w okolicach dziesiątej. Słońce zdążyło wspiąć się dość wysoko i malowało okolicę w pełnych, nasyconych barwach.

    Gdy dobiegli gdzieś do pierwszych, niewysokich zabudowań Les Bossons Krzywy stwierdził, że musi wracać. Wycisk obiecał, że postara się skończyć na tyle szybko, aby spotkać się jeszcze z Krzywym na starcie Wielkiego Wyścigu. W głębi duszy Krzywy liczył jednak na to, że Wyciskowi się nie uda.
    - Powodzenia Wycisk, naprawdę duża sprawa.
    - Postaram się wrócić do piątku. Będę nadawał z trasy.

    Uścisnęli sobie dłonie i każdy ruszył w swoją stronę. Wycisk wypłynął w daleki rejs, a Krzywy potruchtał w kierunku linii startu, gdzie miał się spotkać z Kubą, który przyjechał tu już wcześniej i nie dawał Krzywemu spokoju smsami na temat spotkania i wspólnego treningu.

***

    Od ponad godziny Kuba i Krzywy gramolili się na Planpraz. W normalnych okolicznościach Krzywy już dawno dostałby białej gorączki z wściekłości, bo tempo gramolenia ocierało się o skandal, ale rozumiał, że szybsze tempo ostatniego treningu 48 godzin przed Wielkim Wyścigiem byłoby zabójcze. Tempo było bardzo dobre, bo było wolne. Było idealne. Gramolili się, przeskakiwali przez szare kamienie, od czasu do czasu robili zdjęcia przelatującym jak ważki paralotniom i pili wodę ze strumieni.

    - Jaki masz pomysł na Wielki Wyścig? – zapytał Kuba mniej więcej w połowie trasy, gdy jeszcze buszowali w cieniu lasu.
    „O masz!” – zaklął w myślach Krzywy – „Następny!”.
    - Szczerze? Nie mam pojęcia. Gdzieś w okolicach 40. kilometra stwierdzę. Wgramolę się na tę pierwszą wielką górę, nie tę zaraz za Les Houches, tylko tę drugą, wielką, tam sobie pogadam z moim ciałem i się z nim na coś dogadam. Taki oto sprytny plan. Jeśli tam na górze będę się czuł dobrze, to dam po garach, jeśli nie, to będę się snuł.
    - Hmmm, dobra, rozumiem. Wiesz, nie ukrywam, że to pytanie ma też drugie, bardzo konkretne dno. Zastanawiałem się, czy zaakceptowałbyś formułę, w założeniu której biegniemy razem.

    Mózg Krzywego wszedł na maksymalne obroty. Lubił Kubę. W odróżnieniu od Wyciska nie czuł się jeszcze w jego obecności maksymalnie swobodnie, bo Kuba miał jeszcze wiele swoich tajemnic, które kazały Krzywemu trzymać swoją towarzyską nonszalancję w ryzach. Ale w Kubie było coś, co powodowało, że chciało mu się życzyć jak najlepiej. I Krzywy musiał teraz błyskawicznie zbudować nic nie mówiącą, a jednocześnie odpowiednio jednoznaczną dyplomatyczną figurę retoryczną, i to zbudowaną w taki sposób, aby sympatia Kuby wobec niego, której istnienia się domyślał, nie legła w gruzach.

    - Eeeeeee…. wiesz, przepraszam za to, że wyrażę się dość jednoznacznie, ale tym razem nie. Chciałbym, żeby to był tylko mój Wielki Wyścig. Ja specjalnie nie czytałem na jego temat zbyt dużo i naprawdę nie rozpoznaję większości trasy, ale zrobiłem to po to, żebym miał swoje, od początku do końca swoje przeżycie. I nie mówię tego, bo na początku odpalę gdzieś w kosmos. Może się okazać, że będę się snuł i cię spowalniał. Więc wolałbym działać sam.

    Jakoś się udało. Nieporadnie i kaleko, ale się udało. Szczerze mówiąc Krzywy miał wrażenie, że akurat w tym miejscu zakrzywienia czasoprzestrzeni, zwanym końcem sierpnia 2015 na planecie Ziemia miał nieco większe możliwości fizyczne niż Kuba. Najczęściej nie dopuszczał do siebie myśli w tym stylu, bo zawsze na jego psychikę kojąco działała może fałszywa świadomość, że jest ostatnią, niepełnosprawną łamagą, która, jeśli ma zaskoczyć, to tylko pozytywnie. Stop loss ustawiony odpowiednio, na takiej transakcji można tylko zyskać. Ale postawiony pod ścianą weryfikacji swoich umiejętności uświadamiał sobie, że lepiej będzie, jeśli pobiegnie sam.

    - Dobra, spoko. – uśmiechnął się Kuba – Będziemy rzeźbić samodzielnie.

    Krzywy nie wiedział, co ostatecznie Kuba odczytał z jego wypowiedzi, ale postanowił już do tego nie wracać.

    Po kilkudziesięciu minutach podejścia w otwartym, trawiastym terenie dotarli w końcu w okolice startowiska paralotni na Planpraz. Na Kubę czekał tam jakiś gość z kupą sprzętu fotograficznego: statywy, aparaty i obiektywy wielkości teleskopu Hubble’a. Krzywy rozsiadł się wygodnie na trawie i obserwował, jak Kuba biega w górę i w dół dając się filmować i fotografować. Co kilka chwil nagradzał ujęcia głośnymi, lekko ironicznymi brawami.

    - Cięcie! Będzie fajny teledysk! – krzyknął.

    Piotr, bo tak miał na imię facet od sprzętu filmowo-fotograficznego zaproponował Krzywemu, że zrobi mu parę zdjęć. Krzywy jak zarazy unikał pojawiania się na jakichkolwiek zdjęciach, ale akurat dzisiaj miał na sobie koszulkę z logo pewnej firmy, którą wplątał w awanturę związaną z Wielkim Wyścigiem. Pomyślał, że dobrze będzie zrobić parę profesjonalnych zdjęć, które będą potem bladym dowodem jego wyjazdu do Francji.

    Piotr ustawiał Krzywego na tle Mt. Blanc, zmieniał obiektywy i strzelał zdjęcia. Krzywy wystawiał kciuki w górę, napinał mięśnie, kwaśno się uśmiechał i ogólnie czuł się jak idiota – nigdy w życiu nikt się tak przy nim nie certolił ze zdjęciami. Miał wrażenie, że występuje przynajmniej w eliminacjach wojewódzkich do programu Top Model. Po zrobieniu kilkunastu zdjęć dał Piotrowi do zrozumienia, że czas kończyć. Tym bardziej, że Kuba powoli zamierzał spadać kolejką na dół.



    - To ja zbiegnę! – krzyknął Krzywy do Kuby – Do zobaczenia!
    - Do zobaczenia potem! – Kuba machnął w kierunku Krzywego.

    Krzywy ruszył z Planpraz w dół. Uważał, żeby sobie nie wybić zębów, ani co gorsza, niczego nie złamać. Nie dzisiaj. Nie teraz.

***

    Krzywy w głębi duszy liczył, że Wyciskowi nie uda się wrócić do piątku, bo chciał być już zupełnie sam.

    Krzywy był dobrze wychowany. I to był jeden z jego większych życiowych problemów. Krzywy nie znosił sprawiać zawodu innym. To dlatego, gdy Wycisk zaczął snuć swoje nieśmiałe teorie na temat jakiegoś tam miejsca Krzywego w wyścigu ten poczuł, że się kurczy i zapada w sobie. Do zestawu ludzi, których nie można było teraz zawieść dołączył Wycisk. Dobrze, że w swoich oczekiwaniach Wycisk nie przegiął pały jeszcze bardziej, bo Krzywy chyba w ogóle nie stanąłby  na starcie.

    Trener Wycisk miał swoje teorie na temat uczestników Wielkiego Wyścigu. Twierdził, że część przyjeżdża słabo przygotowana, biegnie na ukończenie albo lekceważy trasę. Krzywy zupełnie w to nie wierzył. Wierzył w to, że ktokolwiek przyjeżdża na Wielki Wyścig, przyjeżdża nań przygotowany, zawzięty i nie bierze możliwości nie tyle DNFu, co nawet wypoczynkowego przebycia trasy. Na trasie Wielkiego Wyścigu Krzywy spodziewał się walki na noże, oblewania się nawzajem gorącą smołą, rażenia prądem i celnego szycia z kuszy. Przecież Wielki Wyścig był jednym z Największych Wyścigów Świata, a na starcie razem z ludźmi stawali kosmici, cyborgi i pociski ziemia-ziemia. O Wielkim Wyścigu wiedział cały świat, włączając w to Watykan i wioskę Smerfów. Dlatego Krzywy hipnotyzował się wmawiając sobie, że zupełnie nie będzie dostrzegał innych zawodników, którzy tłumnie pojawią się starcie – na trasie zapadnie się głęboko w studni swojego świata, rozpłynie się bez śladu i zrobi wszystko po swojemu.

    Szperając w samochodzie w poszukiwaniu jakichś szpargałów Krzywy natrafił na książkę Wyciska, która leżała pod siedzeniem pasażera. Kremowa okładka, dość dużo stron. Ronald D. Siegel „Uważność. Trening pokonywania codziennych trudności”.

    Nawet bez zapoznania się ze szczątkami któregokolwiek z rozdziałów Krzywy wiedział, że są to wynurzenia jakiegoś amerykańskiego psychologa żydowskiego pochodzenia w średnio-późnym wieku, który po kompulsywnej i awanturniczej młodości nawrócił się na dalekowschodnie brzęczenie chrząszcza w trzcinie. Ale cóż. Nie ma w tej chwili za bardzo niczego innego do roboty, prawda?

    Napełnił swój metalowy kubek wodą mineralną, wycisnął doń trochę soku z cytryny i udał się z książką pod pachą w kierunku stolika z jasnego drewna, który stał na środku campingu.

***

    Wycisk był już w Courmayeur. Wysłał do Krzywego wiadomość, w której napisał, że właśnie cieszy się śniadankiem po włoskiej stronie Mt. Blanc (a właściwie Monte Bianco).

    Trasa była piękna. Sam masyw od włoskiej strony poruszał grozą agresywnych form skalnych i strzelistych turni. Wycisk był zachwycony. Co prawda majdan, który targał na plecach trochę zaczynał mu ciążyć, a nocleg w przygodnym terenie nie należał do największych życiowych przyjemności (noce były przejmująco chłodne), ale dobrze wiedział, że warto było ostrzyć apetyt, bo górski posiłek, który los położył przed nim na stole, był obfity i smaczny. Wiedział, że czeka go upalny dzień w drodze, ale już nie mógł się doczekać chwili, gdy dopije pyszną, włoską kawę i ruszy dalej w drogę dookoła Białej Góry.

***

    Krzywy przeczytał dwa rozdziały „Uważności”. Pierwszy oraz ten w środku, mówiący o radzeniu sobie ze strachem.

    Odłożył książkę do buchającego żarem lata wnętrza samochodu, otworzył bagażnik, poszperał w nim chwilę i wyciągnął z niego małe pudełeczko z napisem „Poxipol”.

    Późnym wieczorem przed samym wyjazdem zorientował się, że podeszwa w jednym z jego butów delikatnie pęka. Na stacji benzynowej napotkanej po drodze kupił Poxipol i dojechał do Francji z gorliwym postanowieniem porządnego naprawienia obuwia. Mając na uwadze to, że Krzywy jako dziecko za wykonanie karmnika w podstawówce dostał całe 3+, a jako całkiem wyrośnięty młodzieniec dokonywał napraw zlewu za pomocą taśmy klejącej, było to zamierzenie ze wszech miar ambitne.

    Krzywy postanowił teraz przećwiczyć w praktyce to, czego nauczył się z dwóch rozdziałów książki. Pomyślał, że jest baaaaaardzo skupiony i uważny. Z każdej tubki wycisnął na plastikową tackę odrobinę mazi, a następnie z wielkim namaszczeniem zaczął obie substancje mieszać. Po chwili uzyskał masę o jednolitym kolorze, którą powoli i delikatnie zaczął nanosić na podeszwę. Udało się! Roztopił się w tej czynności bez reszty. Chłonął jej każdą sekundę. Ronald D. Siegel byłby z niego dumny. Krzywy był dumny z siebie samego, nie z powodu udanego wprowadzenia w życie ideałów nieznanego mu amerykańskiego świra, ale z powodu stworzenia nowego modelu obuwia sportowego: Brooks Cascadia 8 limitowana wersja Poxipol.

    Do startu pozostały około 4 godziny. Krzywy był już gotowy. Był spakowany i najedzony. Był ogolony i już wczoraj odciął wszystkie niepotrzebne elementy gaci i spodenek, w których miał zamiar biec. Przy innych namiotach i białych przyczepach campingowych trwały degustacje ultraposiłków, festiwal przymierzania sportowych ciuchów i ogólny rozgardiasz. Francuski mieszał się w włoskim, angielskim i holenderskim. Krzywy uznał, że to doskonałe okoliczności do wprowadzenia swoich duchowych umiejętności na wyższy poziom. Do wyjścia na start zostało jeszcze kilkadziesiąt minut, które postanowił spędzić w skupieniu i uważności, których intensywność wpędziłaby Ronalda D. Siegela w kompleksy.

    Usiadł przed namiotem.

    Był uważny. Było tylko teraz. Był tylko on, tylko tutaj. Nie było minuty wcześniej, ani minuty później. Spoglądał na gałęzie drzew, które delikatnie głaskał wiatr. Czuł jego powiewy na swojej twarzy, słyszał szum liści. Siedział w bezruchu, jedynie od czasu do czasu wyciągał rękę, aby dotknąć przypadkowego źdźbła trawy. Zielone plamy koron drzew rozpływały się w błękicie nieba. Słońce masowało ciepłem jego plecy.

    Znikał. Rozpadał się na atomy.

    Gdy nadszedł czas, w mgnieniu oka wrócił do swojej ludzkiej postaci, energicznie wstał, założył czapeczkę na głowę, zabrał żółty, foliowy tobołek z rzeczami na przepak i ruszył piechotą w kierunku Chamonix.

    Był z siebie naprawdę dumny.

    Przez kilkadziesiąt ostatnich minut nie pomyślał o Wielkim Wyścigu ani razu. Był tylko w sobie. Był.

    A może w ogóle go nie było.


ROZDZIAŁ 2.

(w którym niestety wydaje się, że trzeba mieć ambicję)
Niestety trzeba mieć ambicję
https://www.youtube.com/watch?v=I2ZgKkobOmE
Życie to piękna forma lotu, jesteś na nią gotów.
O trzymaj się, chłopaku trzymaj się.
Bo kiedy człowiek cały w nerwach trudno się poderwać
O trzymaj się, chłopaku trzymaj się

A ruszy głową i startową dobrze przyjmie się pozycję
Pofrunął, bo niestety trzeba mieć ambicję
Raz, dwa, trzy
(…)
Czasem się leci ładne, czasem się na dupę spadnie
O trzymaj się, chłopaku trzymaj się

    U stóp Krzywego leżał cały świat. To nie była przesada. U stóp Krzywego leżał, siedział i kucał cały świat. Na numerach startowych widział flagi państw z całego globu. Widział masę Francuzów i Włochów, dostrzegł paru Niemców, Greków, Portugalczyków, Chińczyków, Japończyków, niestety Polaków (modlił się, żeby go przypadkiem nie zauważyli i nie zaczęli rozmowy), Filipińczyka, Bułgara, Szweda i nawet obywatela kraju, którego flagi nie rozpoznawał, a było to naprawdę zaskakujące, bo w temacie flag i krajów Krzywy był naprawdę obcykany. Sam stał obok dwóch Amerykanów i wsłuchiwał się w słowa ich niezobowiązującej rozmowy na dość nieistotne tematy, którą prawdopodobnie chcieli zagłuszyć stres.

    Krzywy stał wyprostowany i ślizgał się wzrokiem po ludzkiej masie, która siedząc i kucając wypełniała każdy decymetr kwadratowy Place du Triangle de l'Amitie. Gwar rozmów unosił się nad placem jak wczesnojesienna mgła nad wilgotną łąką. Dookoła powiewało mnóstwo flag, głównie francuskich, ale też włoskich, Union Jacków i amerykańskich. Tłum zawodników oblepiali jak osy fotografowie, blogerzy sportowi oraz matki, żony, ojcowie, mężowie, kochanki i kochankowie biegaczy.

    Krzywy stwierdził, że w sumie było przaśnie. Francuski spiker w średnio umiejętny sposób podkręcał atmosferę, laska mówiąca po angielsku była lepsza, ale robiła w wypowiedzi błędy merytoryczne, włoski prowadzący brzmiał nieźle, ale Krzywy w sumie niewiele z jego wypowiedzi rozumiał. Starał się nie dać zepchnąć ze swojej pozycji, zdobytej w raczej nieciekawym miejscu – stał w środku stawki nieco na prawo od bramy, co oznaczało, że razem z całym pochodem pierwszomajowym będzie musiał się wpychać w zwężenie przed startem. Starał się bardzo uważać i nie kopać w plecy zawodników siedzących bezpośrednio przed jego stopami, ale wraz z upływającym czasem ledwie udawało mu się temu zapobiec, bo tłum za nim naciskał coraz bardziej.

    Jeszcze dwadzieścia minut wcześniej krył się przed słonecznym bombardowaniem w cieniu krzewów przy kościele św. Michała. Wykorzystując mur oraz czarne schody rozciągał łydki i mięśnie gruszkowate licząc na to, że uniknie przygody z kontuzją, która w maju wyłączyła go z przygotowań na całe trzy tygodnie. Do rozciągania przyłączył się jakiś Japończyk, który wykonywał swój, kompletnie niezrozumiały dla Krzywego zestaw ćwiczeń. Obok schodów siedział Kanadyjczyk, Francuz i grupka rozgadanych, roześmianych Brytyjczyków. Gdy Krzywy ujrzał na kościelnej wieży wskazanie godziny siedemnastej piętnaście skończył wygibasy, zasznurował buty i udał się wprost w paszczę tłumu.

    Hey ho, let’s go!

***

    Wycisk ujrzał w końcu La Flégère. Droga była piękna, ale powoli zaczęła się dłużyć. Wiedział już, że nie zdąży ujrzeć Krzywego na starcie, ale nie żałował. Widok, który się przed nim malował, był jednym z najpiękniejszych obrazów, jakie widział w życiu. Roztaczała się przed nim panorama całego masywu. Widział czarne ostrza Aiguille du Dru, Aiguille du Midi i cały Mt. Blanc z jego szerokimi ramionami - wszystko skropione bielą śniegu i lodowca.

    Lekko spoconą twarz Wyciska suszył łagodny, ciepły wiatr, a słońce było jeszcze wysoko. Do La Flégère miał już niedaleko. Gdy już tam dotarł, przysiadł na chwilę, wyciągnął telefon i wysłał do Krzywego wiadomość.

***

    Krzywy chichotał w duchu. Śmiał się trochę z zawodników, którzy czule żegnali się z rodzinami, robili sobie selfie albo dawali się fotografować innym. Śmiał się trochę z tych, którzy dzierżyli kije uwieńczone kamerami go pro (a było takich wielu), machali flagami narodowymi (szokował go Chińczyk, który w jakiś cudowny sposób przymocował do siebie całkiem sporą chińską flagę, osadzoną chyba na jakimś drzewcu). Śmiał się z wyboru przedstartowej muzyki, na którą składały się głównie proste, aczkolwiek dość skoczne klepanki, znane przede wszystkim z imprez związanych z piłką kopaną.

    Krzywy nadal nie myślał o tym, co go czeka. Rozmyślał sobie o głupotach albo wracał do zabawnego momentu, który miał miejsce dwa dni wcześniej: odbierając numer zaprezentował dowód osobisty ze swoimi danymi osobowymi i zleciało się kilku Francuzów zaaferowanych środkowoeuropejskim brzmieniem pewnego dość popularnego imienia. Był spokojny. Czuł, że przyszedł do roboty – zrobi, co ma zrobić i bije na chatę.

    W oknach i na ukwieconych balkonach sąsiadujących z placem kamienic o jasnych fasadach pojawiły się odmalowane na jakichś prześcieradłach hasła: „Allez Claude”, „Go Go Gareth”, „Forza Italia”. Nad kolorowym jeziorem zawodników przeleciał duży orzeł, wzbudzając niemały entuzjazm startujących. Tresowany ptak grzecznie wrócił na balkon dominującego nad placem ratusza, a francuski spiker zaczął drzeć się w wyjątkowo emocjonalny sposób.

    Z głośników popłynął „Conquest of Paradise” Vangelisa.

    „Paradise będzie na sto procent” – pomyślał Krzywy – „Ale czy conquest?”.

    Usłyszał sygnał nadchodzącej wiadomości. To Wycisk. Ciekawe, czego chce akurat teraz?

    „Niestety, nie uda nam się zobaczyć przed startem, zabraknie mi godziny. Kończę piękną przygodę, Ty zaczynasz swoją. Trasa Wyścigu to kwintesencja biegania ultra w górach. Długa, epicka, wymagająca. Zostawiłem trochę sił na końcówkę, podejścia za Trientem i pod La Flegere dają popalić! Postaram się zgarnąć Cię na mecie. Powodzenia! Czuję, że będzie dobry wynik!”

Czyli przejebane.

***

    Gdzieś daleko w Pentagonie usytuowanym w sporym domu leżącym na południu Małego Miasta Tata zaczął odczuwać lekkie zdenerwowanie, które jak kornik wierciło w jego umyśle małą dziurkę. Krzywy znów wymyślił coś głupiego i Tata nie miał innego wyjścia, jak tylko znów śledzić popisy jego głupoty w Internecie. Tata liczył na to, że będzie możliwość śledzenia Krzywego non-stop na żywo tak jak rok w wcześniej na szwajcarskich bezdrożach, bo bał się, że znów będzie trzeba wyciągać chudą dupę Krzywego ze sporego ogniska. Tym razem jednak miał do dyspozycji jedynie dość ułomny system livetrail, kontakt przez sms, wiarę w to, że trasa oznaczona jest odpowiednio oraz zaufanie w bądź co bądź w miarę niezłe umiejętności Krzywego.

    Za oknem zapadał zmierzch.

    Tata włączył lampkę, usiadł przy komputerze, sięgnął do kartek, na których miał profil trasy oraz dane dotyczące limitów i przewyższeń. W kartach przeglądarki miał już otwartą stronę organizatora Wielkiego Wyścigu, na której można było dostrzec ostatnie sekundy odliczania.

    3, 2, 1…

    Wielki Wyścig ruszył.

***

    Krzywy cieszył się, że w końcu wyrwał się z pieszej pielgrzymki, w której utknął na starcie. Teraz szukał swojego rytmu. Jak zagubiony pies tęsknił do swojego miejsca. Gdy tylko nadarzyła się okazja, pruł skrajnym lewym lub skrajnym prawym, wyprzedzając po trzy, cztery, po pięć osób na raz.

    Jego obawy co do startu okazały się słuszne: gdy tylko zagęszczony tłum ruszył uliczkami Chamonix okazało się, że nie da się biec. Z ironicznym uśmiechem maskującym wściekłość Krzywy kroczył dostojnie w szpalerze wiwatujących na ulicach miasta ludzi, którzy byli podekscytowani niemalże tak, jak gdyby zobaczyli papieża. Bezsilnie patrzył na zawodników, którzy jeszcze obcałowywali swoje dziewczyny i żony, wymachiwali flagami wielkości boiska piłkarskiego albo robili sobie smartfonami zdjęcia.

    Odpalił w końcu gdzieś na asfaltowej drodze do Les Bossons. Poczuł, że ściska go żołądek, co nie było dobrym znakiem. Nie teraz, nie od razu! Mimo obecności chochlika siedzącego w trzewiach dodał trochę gazu i miał wrażenie, że do Les Houches odnalazł swój rytm.

    Krzywemu wydawało się, że od wielkiego dzwonu, w chwili zawodów czy podczas wypadów w góry odzywała się jego druga natura. Zwierzęca, agresywna i nieprzejednana. Coś, co chował bardzo głęboko i w kagańcu wypuszczał na światło dzienne bardzo rzadko, jakby bojąc się, że kiedyś pożre go bestia. Poczuł, że właśnie się obudziła i opuszcza swoje legowisko.

    „Biegną jak pizdy” – skonstatował Krzywy wbiegając po wyasfaltowanym wiadukcie do Les Houches. Większość zawodników w jego otoczeniu widząc, że zaczyna się lekkie podejście, zrezygnowała z biegu i rozpoczęła chód. Krzywy przebiegał obok nich zostawiając kolejne osoby we wstecznym lusterku.

    - Brawo Polska!!! – wydarł się ktoś z ciżby kibiców.

    Krzywy uniósł kciuk w górę i pogalopował dalej.
    Pomarańczowe słońce wielkości piłki lekarskiej powoli zaczęło ocierać się o szarobrunatną grań gór.

***

    Krzywy dość siłowo, ale w nienajgorszym stylu zrobił pierwszą górkę i z ulgą stwierdził, że nie było źle. Wykorzystywał miejscami łatwy zbieg i nabierał prędkości. Nie analizował matematycznie czy biegnie za szybko, czy za wolno, po prostu czuł, że ma odpowiednie tempo. Śmignął szybko obok białej, pasterskiej chaty, przy której jakiś Francuz w średnim wieku nalewał każdemu chętnemu wodę i rozpoczął podchodzenie do lądowania w St. Gervais.

    Jeszcze biegł w ludzkim wężu, ale widział, że wąż ten rozrywa się na coraz mniejsze wężyki. Czuł, że niedługo będzie można szukać swojej niszy.

    Widok gapiów zgromadzonych po obu stronach ulicy dodał Krzywemu sił. Postanowił dać ludziom trochę rozrywki. Być może było to zamierzenie brawurowe, ale wiedział, że z pewnością będzie warto. Narzucił szybkie tempo. Znów wyprzedzał po trzech, czterech, pięciu zawodników. Publika zgromadzona na ulicy dostrzegła białą koszulkę Krzywego, poruszającą się jak golf trójka wśród autobusów komunikacji miejskiej i przywitała go narastającym szumem ekscytacji. Gdy w końcu na pełnej szybkości wbiegł między widzów, przywitał go ryk entuzjazmu.

    Krzywy uniósł ramiona w górę.

    Ryk trwał.

    Flow.

    Był flow.

    Wiedział, że jest ok. Ewakuował się z pielgrzymki i właśnie okupował miejsce nie w okolicach ósmej-dziewiątej setki, jak się spodziewał, ale dzięki smsom napływającym z Polski wiedział, że pierwszy punkt kontrolny przekroczył jako 349. zawodnik. I gdy pomyślał, w jakim miejscu zaspał na starcie w Chamonix, to musiał stwierdzić, że są powody do zadowolenia.

***

    Wycisk wrócił na camping Les Marmottes. Klucz do zaparkowanego przy ogrodzeniu samochodu znalazł w czarnym, lekko już odrapanym termosie Krzywego. Umówili się z Krzywym, że ten przed wyjściem zawinie klucz do fury w jakieś gacie lub skarpety (żeby nie dzwonił i nie podpowiadał miejsca kryjówki potencjalnemu złodziejaszkowi), schowa go w termosie, a termos zagrzebie w symulowanym bałaganie, który wypełniał zielony namiot o kształcie spuchniętego chrabąszcza. Był to wyraz nieco chorobliwej nieufności Krzywego do świata, bo trudno się było spodziewać, że do samochodu włamią się jacyś Austriacy czy Szwajcarzy i ukradną z bagażnika wszystkie rodzynki, ziarna słonecznika i migdały, ale Krzywy wolał dmuchać na zimne.

    Było tak, jak się umówili. Klucz w termosie, a Mac Wyciska pod siedzeniem auta zagrzebany pod gazetami i pustymi butelkami PET.

    Kilkadziesiąt minut później wycisk był już po prysznicu i kolacji, więc stwierdził, że przyszła pora na odrobinę wiadomości sportowych. Wszedł na livetrail i poszukał Krzywego.

    Było nieźle. Ale Wycisk wiedział, że ten wyścig nie zdążył się nawet rozpocząć. To była dopiero pierwsza faza rozgrzewki. To były pierwsze minuty wuefu w podstawówce. Szczerze liczył na to, że Krzywy wie, co robi, i że rura za szybko mu nie zmięknie. Wiedział, że tak naprawdę wnioski będzie można wyciągać dopiero w Courmayeur.

    Wycisk wyłączył komputer i udał się do krainy marzeń sennych, gdzie czekał na niego na zasłużony odpoczynek.

    Camping Les Marmottes utonął w lepkim mroku. Nad krainą nocy królowała wieża Aiguille du Midi, na szczycie której migało światełko górnej stacji kolejki, wysyłające w kosmos wiadomość o nieznanej treści.



***

    Krzywy po pozostawieniu za plecami punktu kontrolnego Le Delevret przez kilka godzin nie spojrzał na zegarek. Postanowił, że czas pierwszej połowy wyścigu będzie mierzył ciemnością nocy i światłem dnia.

    Był już gdzieś we Włoszech. Jechał na tempomacie. Miał ustawione swoje, wyłączył myślenie i jechał. Przedzierał się przez pustkę nocy.

    Zauważył, że pod górkę jest bardzo mocny. Ciężko pracował nogami i ramionami. Na podejściach sporo zyskiwał. Jego maszyna parowa działała bez większych zgrzytów. Dopadał kolejnych zawodników. Nieliczni, którzy próbowali trzymać się za Krzywym, po jakimś czasie dawali za wygraną.

    Za to na zbiegach z półotwartą gębą obserwował, jak grupka Basków sunie po luźnych kamieniach na złamanie karku prezentując godną szacunku pogardę wobec nieuchronnej śmierci – sam raczej trzymał się z równie nieprzyzwyczajonym do alpejskich zbiegowych rumowisk Islandczykiem i w swoim, na tle Basków raczej refleksyjnym tempie pokonywał kilometry prowadzące w dół.

    Ostatni sms, który przeczytał, był wiadomością wysłaną kilka godzin wcześniej przez Rafka. Rafek potrafił motywować jak mało kto:

    „Pamiętaj o regularnym wypróżnianiu i ciasteczkach. DAJESZ!!!”

    Nie wiedział, który jest, ale chwilowo miał to w dupie. Analizując z grubsza liczbę tych, których dopadł i tych, którym dał się dopaść był gdzieś w okolicach 320. miejsca. Czas? Wygrał walkę z pokusą kolejny raz i nie spojrzał na zegarek.

    Było ciemno i było dość chłodno, ale nie na tyle, żeby wyciągać kurtkę, chociaż chwilami czuł się naprawdę mało komfortowo. Nie miał przy sobie profilu trasy, ale wiedział, że jest gdzieś w okolicach „cycków”. Profilu nauczył się na pamięć i pamiętał go w następującej postaci:

    „Start – płasko – pierwsza górka – dół – długo w górę najpierw lekko potem maks pierwsza duża góra – w dół – cycki – w dół – góra – połowa – do góry na płasko – największa góra – długi zbieg – raz, dwa, trzy – meta”.

    Oczywiście nie zawracał sobie głowy tym, że jego „góra” była najczęściej przełęczą, ani tym, że nie miał pojęcia o odległościach np. między „cyckami” a „w dół”, ale były to w najlepszym wypadku problemy trzeciej kategorii.

    Nawierzchnia stawała się coraz bardziej wymagająca, ale był zadowolony, bo znalazł swoją niszę. Śliskie trawy odeszły do przeszłości, teraz gramolił się wśród ostrych kamieni.

    Krótkie węże złożone z zawodników rozpadły się już na pojedyncze świetliki, które jak pijane tańczyły na tle kotary nocy.

    Dajesz Krzywy, dajesz. Nie ma się nad czym zastanawiać.

    Od jakiegoś czasu nie dostał żadnej wiadomości. Krzywy kilka godzin wcześniej poprosił o ciszę w eterze i ją dostał. Pentagon i Rafek milczeli jak zaklęci.

    To dobrze.

    Rób swoje, chłopaku.

***

    Wycisk obudził się dość wcześnie i pierwszą rzeczą, jaką zrobił po tradycyjnym porannym zrzucie cieczy było odpalenie livetrail.

    Odszukał pozycję Krzywego na trasie i zrozumiał, że ten chyba nie żartuje.

***

    Przed samym startem Krzywemu zdarzało się rozmawiać czasem z diabełkiem jego pychy i aniołkiem jego skromności. Pewnego razu diabełek pychy, wykorzystując chwilę umysłowej nieuwagi Krzywego zaatakował go z dość zaskakującego kierunku i podsunął myśl: a gdybyś tak dotarł do Courmayeur przed wschodem słońca? Krzywy przypuścił momentalny, skuteczny kontratak i wysłał diabełka do barłogu swojej zwierzęcej natury, trzymanej w klatce zakopanej pod betonową podłogą domu jego umiarkowania.

    Teraz jednak stał na punkcie kontrolnym Col Chécrouit i uświadomił sobie, że co prawda dzień maluje już ostrą kreską wspaniałe alpejskie widoki, ale słońce nie zdążyło jeszcze wychynąć zza grani. Na punkcie dostrzegł informację „Courmayeur 4 km”.

    Wlał w siebie dwa łyki zimnej, słodkiej coli i dał po garach.

    Zbieg był trudny. Wpadł w wąską, stromą ścieżkę pomiędzy iglakami i miał nadzieję, że uda mu się wyhamować na zakrętach, bo naprawdę nie miał ambicji bycia okrzykniętym trailowym Kubicą. Parę metrów niżej w gąszczu zieleni dostrzegł jednak jakiegoś zawodnika i przydusił jeszcze bardziej. Po kilku chwilach siedział mu na ogonie. Był to jakiś Słowak, tak przynajmniej można było wnioskować z małej flagi, którą miał przymocowaną do plecaka. Słowak zrozumiał, że Krzywy jest mocniejszy i grzecznie usunął mu się z drogi.

    - Dzięki! – głośno po polsku krzyknął Krzywy.

    Słowak zrobił wielkie oczy i stanął jak wryty.

    Krzywy zaśmiał się w duchu.

    „Straciłeś trzy sekundy, bratku” – pomyślał.

***

    Wbiegając do Courmayeur Krzywy czuł, że bestia przejmuje nad nim kontrolę. Wiedział, że w tej samej chwili kilka osób w Polsce patrzy na livetrail i wyciera swoje komputery mokrą szmatą, bo są przekonane, że z powodu brudu i syfu na ekranie widzą jakieś nieprzystające do możliwości Krzywego wyniki. Krzywy i diabełek uśmiechnęli się. Bestia także na chwilę wystawiła łeb z pieczary i pokazała w upiornym grymasie radości rząd białych kłów. W biegu chwycił worek na przepak i przeskakując po dwa schodki w górę wbiegł do jakiejś sali, gdzie siedzieli już inni startujący.

    W kącie stał rozebrany do gaci jakiś gość, o którym Krzywy wiedział tylko tyle, że jest Polakiem. Znał tę twarz i wiedział, że to polski zawodnik. Nie znał imienia i nazwiska, ale rozpoznawał rysy twarzy. Golas spojrzał na niego bez większego zainteresowania, ale gdy tylko jego wzrok spoczął na numerze Krzywego i polskiej fladze widocznej w rogu, jego oczy zrobiły się całkiem spore.

    Krzywy nie miał czasu na refleksje. Zaliczył kibelek, co bardzo go cieszyło (gdzie, jak nie tu), a potem zajął miejsce w rogu dużej sali. Założył czystą koszulkę, która czekała w foliowej torbie. Coś kazało spojrzeć mu na podeszwę butów. Po Poxipolu nie było już śladu, a dziura w bucie osiągnęła gigantyczne rozmiary. Zachichotał w duchu. Na szczęście miał drugą, zapasową parę, z której akurat tutaj mógł skorzystać.

    Podszedł do stołu z jedzeniem, aby zastosować swoją ulubioną, skuteczną strategię odżywiania.

    Przeszedł powoli wzdłuż stołu i czekał, aż organizm sam mu podpowie, co chce jeść.

    Nic. Głucho.

    Przeszedł drugi raz.

    Przestraszył się.

    Organizm nie odpowiedział.

    „Hej, hej, pobudka! – pomyślał Krzywy.

    Organizm nadal milczał.

    Krzywy wpakował w siebie nieco na siłę trochę jabłkowego musu, dwie pomarańcze, kilka okienek czekolady i zapił to wszystko ciepłą herbatą. Nie da się po dobroci, to na chama.

    Kilka minut później był już w drodze. Żegnały go brawa kibiców zgromadzonych na uliczkach Courmayeur.

***

    Wycisk zastanawiał się, co tak naprawdę odwala Krzywy. Może jednak podniecił się rozmowami w samochodzie? Może naprawdę czuje się dobrze? Idzie na trzydzieści godzin? Aż tak głupi chyba nie jest.

    Wycisk zastanowił się parę chwil i doszedł do wniosku, że Krzywy najprawdopodobniej celuje w okolice trzydziestu dwóch – trzydziestu dwóch i pół godziny.

    Może się uda.

    Krzyż na drogę.

***

    Krzywy gramolił się do schroniska Bertone. Czuł, że siły z niego uszły, ale nadal trzymał przyzwoite tempo. Wprosił się w grupkę składającą się z jakiegoś Chińczyka i Hiszpanów i próbował razem z nimi pokonywać kolejne metry leśnej drogi, która bardzo przypominała szlak w Tatrach. Przeszedł obok jakiejś tabliczki z napisem sugerującym, że droga do schroniska zajmie całe godziny i przeraził się nie na żarty.

    Błyskawicznie kazał sobie przestać myśleć o tabliczce i zacisnął dłonie na kijkach.

    Trzydzieści dwa.

    Trzydzieści dwa to brzmi dobrze.

    Może nie 32:00, ale niech to będzie 32:20, 32:25. Będzie. Tak będzie. Krzywy lekko słabł, ale wierzył. Wierzył tak samo, jak wierzył Rafek gdy grali w koszykówkę i Rafek siłą swojej wiary trafiał nieprawdopodobne rzuty.

    „Trzeba wierzyć, Krzywy. Skoro Rafek wierzy i jest w stanie tę jebaną piłkę dorzucić z tak popierdolonych pozycji do tego skurwiałego kosza, to i ty wyrzeźbisz 32 z wąsikiem. Napierdalaj.”

    Wiedział, że ładuje się między młot a kowadło. Ale miał nadzieję, że się przeczołga, zanim młot opadnie i jego krwawe flaki rozprysną się po ścianach. Pamiętał starą bokserską mądrość mówiącą o tym, że nie ma sensu wystrzelać się przed ostatnim gongiem. Ale wiedział, że to jest ten moment. Wielki Wyścig. Jego wyścig. Flow.

    Wiadomość. Odezwał się Wiktor. Krzywy był ciekaw tego, co Wiktor napisał. Wiktor fascynował Krzywego. Fascynował go przede wszystkim jego bezkompromisowym podejściem do wszystkiego, czym się zajmował. Mówiąc wprost, Wiktor po prostu napierdalał i nie uznawał podejścia do życia jako wycieczki krajoznawczej.

    „Dajesz, dajesz, mistrzu. Bardzo ładnie Ci idzie”.

    Ciekawe, co to znaczy „bardzo ładnie”. Krzywy nie miał najmniejszego pojęcia, które miejsce aktualnie zajmował. Wiedział za to bardzo dobrze, że to, co czuł w Courmayeur, zaczyna się materializować w dość niebezpiecznej formie.

    Czuł, że chyba będzie rzygał.

    Przeszedł obok jakiegoś Amerykanina, który leżał na wznak w krzakach. Zatrzymał się, i nie siląc się na jakikolwiek akcent, rzucił:

    - OK?

    Odpowiedziało mu skinienie głową.

    Amerykanin wyglądał na fana bożyszcza biegowych hipsterów Antona Krupicki: długie, kudłate włosy, zmierzwiona broda i czapeczka niechlujnie założona na głowę.

    „No chyba macie tam w USA jakieś żyletki i grzebień, nie”? – pomyślał Krzywy, a następnie od razu przypomniał sobie jakim wyglądem straszył swego czasu widzów lokalnej kablówki, na antenie której opowiadał o Wielkim Wyścigu i trochę się zawstydził.

    Przyspieszył. Minął się z jakąś turystką, która rozcapierzyła palce dłoni i rzuciła:

    - Five minutes, you’re almost there.

    Dzięki Bogu.

    Puścił przodem jakąś szkaradną Australijkę z twarzą owcy i rudymi włosami splecionymi w warkoczyki, która od jakiegoś czasu siedziała mu na rufie i swoim tempem ruszył w górę.

***

    „Przypomnij sobie flu game i zapierdalaj! A Sampras kiedyś w finale Wimbledonu rzygał na korcie i też wygrał!!”

    Rafek jak zwykle był niezawodny.

    Krzywy zaczął powoli uruchamiać procedurę awaryjną. Żołądek szalał. Wiedział, że jeśli tu zwymiotuje, to zaliczy długi, przymusowy postój i będzie musiał wypić bardzo dużo napojów, aby uzupełnić straty płynu. Może się zdarzyć, że ich nie uzupełni i pozostała część wyścigu będzie koszmarem. Zwolnił. Ustawił tempomat na niższą prędkość i miał świadomość, że zaraz zacznie być wyprzedzany. Wysłał wiadomości do Rafka i Taty, w których sugerował, że zaczyna się faza pewnych komplikacji.

    Wiadomość? Znowu? Kto?

    „Krzywy, idziesz jak przecinak, tak trzymaj!”

    To Kasia! Szczerze mówiąc nie spodziewał się.

    Odpisał jej zgodnie z prawdą, że rura mięknie.

    „Spokojna głowa, grunt to do przodu”.

    Krzywy zacisnął zęby i ruszył. Wiedział, że na tym etapie wyścigu musi maksymalnie się skupiać. Zaczęła się faza lekkiej deterioracji. Z niejakim rozbawieniem zauważał, że próby sumowania najprostszych wartości kończą się kuriozalnymi wynikami: jedna godzina plus jedna godzina równa się jednej godzinie, dwie godziny plus dwie godziny równa się pięciu godzinom. Obiecał sobie, że przestanie wymyślać ostateczne czasy na mecie i skoncentruje się maksymalnie na tym, co robi. Będzie uważał i nie dopuści do sytuacji, jaka zdarzyła się przed chwilą, gdy wrócił ponad 300 metrów na punkt w poszukiwaniu „zagubionego” kubka, który bezmyślnie włożył do innej kieszeni plecaka.

    Słońce wisiało wysoko. Biegacze jak małe owady przesuwali się na tle majestatycznych skał masywu Mt. Blanc, który zdawał się z pogardą górować nad całym światem. Z góry spływała kaskadą zieleń traw. Błękit nieba, przecinany poszarpanymi graniami, dusił żarem. Krzywy czuł, że potwornie śmierdzi potem. Na lekko już miękkich nogach zaatakował Grand Col Ferret. Wiedział, że to jedna z decydujących bitew tej wojny. Wojny, w której nikt nie bierze jeńców. Albo kończysz na paradzie zwycięzców, albo lądujesz w bezimiennej mogile. Nie było niczego pomiędzy.

***

    Gdy pełzł do Champex Lac przez skąpane w ukropie ścieżki i gdy każdy jego krok wzbijał w niebo fontanny pyłu poczuł, że coś jest nie tak. Wiedział, że miał prawo być słabszy. Ale przestraszył go trochę upadek, który przydarzył mu się parę chwil wcześniej. Przewrócił się w dość łatwym miejscu. Niczego nie złamał, ale poważnie rozdarł skórę dłoni. Podniósł się, a lepkie plamy krwi, które błyskawicznie zasychały płatami na jego rękach zmył w pierwszym napotkanym strumieniu. Sama krew nie robiła na Krzywym żadnego wrażenia, ale ten upadek nie miał się prawa zdarzyć - nie był jeszcze tak słaby. Nie wiedział, co zaszwankowało. Poczucie równowagi? Był po prostu nieuważny?

    W górę szło mu nadal nadspodziewanie dobrze. Miał moc, ciężko pracował ramionami i energicznie przebierał nogami. Podczas drogi w dół wychodziły jednak braki techniczne i mierne przygotowanie siłowe do zbiegów. Miał wrażenie, że w na zbiegach wyprzedzają go wszyscy, których dopadł pod górkę.

    Do Champex dotarł zmordowany, mokry i ze świadomością, że od kilkunastu kilometrów jego fiutek zaczyna kaprysić podczas odlewania. Przy wejściu do namiotu jak zwykle zapytał, czy jego chip został zarejestrowany w prawidłowy sposób, a potem wolnym krokiem ruszył w kierunku stołu z jedzeniem.

    Przeszedł kilka razy wzdłuż stołu. Niestety nie miał ochoty zupełnie na nic.

    Usiadł, odetchnął chwilę. Chciał się podnieść z ławki, ale nie mógł. Był dziwnie przygaszony.

    Na desce rozdzielczej Krzywego zaczęły zapalać się lampki, które sygnalizowały awarie, z którymi nigdy do tej pory nie miał do czynienia. Lampki, o których czytał w instrukcji obsługi pojazdu, ale miał nadzieję, że nigdy, przenigdy ich nie zobaczy. Jeszcze nie wiedział dokładnie, co się dzieje, bo nie zauważał żadnych poważnych symptomów pojedynczej awarii, ale suma małych szczegółów zdawała się malować dość przygnębiający obraz.

    Przestraszył się.

    Bestia otworzyła paszczę. Krzywym wstrząsnął odgłos ogłuszającego ryku.

***

    „No to już mniej niż maraton. A maraton takie leszcze jak Karolak i Lis biegają. Możesz zacząć finiszować. NAKURWIAJ!!!”

    Na Rafka zawsze można liczyć.

    Droga do La Giete była pomysłem szaleńca-sadysty. Krzywy potykał się o głazy w strumieniach, przedzierał się przez kamienne rozsypańce i wył. Górskie widoki zasłonił nieciekawy las, który przywodził na myśl najnudniejsze polskie wyścigi „dla koneserów”, z których Krzywy, jako bywalec alpejskich biegów, po prostu się natrząsał. Siły Krzywego topniały w walce o kolejne metry, coś jednak kazało mu cieszyć się, że podejście jest trudne, bo wiedział, że radził sobie na takich równie dobrze jak inni, a może nawet lepiej. Zaraz za Champex-Lac pożegnał się w duchu z pewnym Węgrem, który chwilowo kręcił się przy Krzywym, ale z czasem oddalał się coraz bardziej. Krzywy analizował jego dynamiczne, silne ruchy i wiedział, że nie ma szans się do niego zbliżyć. Jednak ku jego zdziwieniu pod koniec podejścia nie tyle zbliżył się do Madziara, co nawet się z nim zrównał.

    Jest moc? Skąd?

    Powoli dochodzili do La Giete. Szlak się wypłaszczył, więc Krzywy spróbował biec, ale miał dziwne wrażenie, że zaraz się przewróci, więc zacisnął ręce na kijach i pruł do przodu szybkim chodem.

    Sms. Znów? Kto?

    Najpierw Wycisk. Pisał coś, że świetnie idzie, że jest bardzo dobrze i że ma cisnąć.

    Potem sms od Kaśki. Pewnie odpowiedź na jego wiadomość, że mięśnie osłabły i nastała faza ogólnej buły. Istotnie.

    „Krzywy, no nic dziwnego, 130 km masz już w nogach, 3 podejścia, 3 zejścia i jesteś w domu. Jesteś 226., wymiatasz!”.

    Krzywy przystanął. Gapił się w dół, w zieleń szwajcarskiej doliny, upstrzonej plamami dachów. Słońce powoli przygasało i mieniło się wczesnowieczornymi odcieniami.

    „Dwieście dwudziesty szósty.

    To niemożliwe.

    Przecież…

    W takim tempie? Przy tylu zawodnikach, którzy mnie wyprzedzili?”

    Ale ona nie mogła się pomylić.

    Krzywy chciał ruszyć biegiem w dół. Zachwiał się i w ostatniej chwili uniemożliwił upadek wbijając końcówki kijków w ziemię.

    Cała deska rozdzielcza Krzywego zapłonęła żywą czerwienią.

ROZDZIAŁ 3.

(w którym trener Chicago Bulls rozrysowuje prostą, aczkolwiek skuteczną akcję)
Madness
https://vimeo.com/75635014
is it just madness keeping us afloat?
(…)
But now I have finally seen the end
And I’m not expecting you to care

(dla jasności, video pokazuje PTL, zupełnie inne zawody na innej trasie)

    Była noc.

    Tata był już zmęczony. Zdenerwowany wstawał od komputera, szedł do kuchni po herbatę, wracał, szedł do toalety, znów wracał.

    Kilkadziesiąt minut temu dostał wiadomość: „mięśnie pleców osłabły, jadę na kijach”. Odpisał mu „dasz radę”, ale nie był tego taki pewien.

    Tacie przypomniały się stare dzieje. Przed oczami stanął mu połamany Krzywy dostarczany śmigłowcem na oddział neurochirurgii szpitala w Ostrawie. Przypomniało mu się załatwianie karetki z łóżkiem hydraulicznym, która przywiozła potem Krzywego do Polski. Pamiętał śruby w jego gnatach i całe miesiące maszerowania w gorsecie ortopedycznym, w którym Krzywy wyglądał, jak gdyby połknął kij.

    Tata zrozumiał, że połamany kiedyś kręgosłup nie wytrzymał.

***

    Ściemniało się.

    Krzywy łudził się jeszcze, że idzie na trzydzieści dwie godziny z wąsem, ale kilka chwil później zrozumiał, że znów padł ofiarą otumanionego umysłu, który nie radził sobie z najprostszymi działaniami.

    W Trient, położonym na dnie zalesionej doliny zrozumiał, że zbliża się do ostatniej prostej. Że musi rzucić wszystkie karty na stół. Wiedział, że nie jest w stanie walczyć z innymi samą tylko szybkością, więc postanowił być sprytny: zdecydował, że czas postoju na punktach zredukuje do absolutnego minimum. Zauważył, że inni mieli tendencję do rozsiadania się, celebrowania smarowania mięśni jakimiś maściami i przesadnego certolenia się z posiłkami. Krzywy szedł już na Rambo, punkty zaliczał praktycznie w locie, bo wiedział, że tylko tak może konkurować z innymi. Trient zaliczył zatem błyskawicznie.

    Gdy wychodził z namiotu usłyszał, że dzwoni Wycisk.

    - I jak?
    - Trient. Mam problem z plecami, jakaś blokada albo jaja z kręgosłupem, ale cisnę. Zrobię resztę w nieco szybszym tempie i wymaluję trzydzieści dwie godziny.
    - No, jeśli rzeczywiście w szybszym, to może… - Wycisk był ostrożny.
    - Jeśli będę tu tak stał i pierdolił, to na pewno nie wymaluję, papatki! – Krzywy szybko się rozłączył.

    Zarówno Krzywy jak i Wycisk wiedzieli, że na trzydzieści dwie godziny nie ma już szans. Krzywy walczył, ale nie wiedział o ile. Odpuścił wszelkie obliczenia, bo wiedział, że jedyne liczby, które teraz pojawiały się w jego głowie, to liczby urojone.

    Gdy przechodził obok białej ściany kościoła usłyszał za sobą wzburzone głosy. Ktoś krzyczał coś po hiszpańsku. Krzywy zrozumiał, że pomylił drogę i ktoś go nawołuje, aby skierować go na właściwy szlak. Odwrócił się z uśmiechem zdającym się mówić „o, ja głupi”. Nagle uśmiech zamarł mu na twarzy.

    Przed kościołem stała trójka Hiszpanów, którzy z nieukrywanym oburzeniem patrzyli na Krzywego i wskazywali na wielki krucyfiks z postacią ukrzyżowanego Jezusa, wiszący na kościele. Wymachiwali rękami i krzyczeli coś zbulwersowani w swoim języku, a następnie jak jeden mąż odwrócili się w kierunku ściany i zaczęli energicznie wykonywać znak krzyża. Przechodzący obok nich Portugalczyk także się przyłączył do zbiegowiska, przyklęknął na jedno kolano i się przeżegnał.

    Krzywy wybuchnął w duchu śmiechem.

    „O, durny Kastylijczyku, potomku Sancho Pansy! Wierz mi, pan Bozia ma naprawdę w dupie nasze zawody i w tej chwili z pewnością zajmuje się czymś innym. No pojebani.” – pomyślał i raźnie ruszył dalej.

    Raźności wystarczyło mu na niewiele.

***

    Wyścig tężał jak wosk spływający po świecy. Krzywy czuł, że jest przygarbiony i plecy słabną, ale taka pozycja wydawała się odpowiednia podczas posuwania się w górę. Obiecał sobie, że gdy dojdzie do Catogne to trochę odsapnie i spróbuje powalczyć na zbiegu.

    Zapadł zmrok. Krzywy trzymał równe tempo bo wiedział, że szarpanie albo nadmierne odpuszczanie spowoduje, że albo się wykończy, albo ostatecznie siądzie na jakimś pniaku i straci dużo czasu. W górę nadal szedł w dobrym stylu. Pracował ramionami i wiedział, że ma jeszcze resztki sił. I wiedział, nie skończą się one, zanim nie zafiniszuje.

    Wdrapał się na przełęcz. Było cicho. Złoty księżyc wiszący nad czarną czupryną lasu wyglądał trochę jak dziecięcy balonik. W dole mrugało bursztynowe oczko Catogne.

    Teraz! Krzywy, dajesz!

    Krzywy nabrał powietrza i chciał się wyprostować.

    Przed oczami zobaczył niebieski ekran śmierci.

    Nie był w stanie stanąć prosto. To nie była kwestia bólu, ale jakiejś potwornej niemocy jego skurczonego ciała. Miał wrażenie, że ktoś mu amputował dolne mięśnie pleców. Nabrał powietrza raz jeszcze, wyprostował się lekko, zrobił krok i prawie upadł w wysoką trawę.

    Panowała śmiertelna cisza. Księżyc patrzył na Krzywego swoimi pustymi, martwymi oczami.

    Krzywy zgłupiał.

***

    Ciiichooo…

    Hej, Krzywy.

    Cichutko….

    Grałeś bohatera, bratku, prawda?

    I co, kutasie?

    Nawet się wyprostować nie potrafisz.

    Cichooo…

    Spokojnie.

    Zostań tu.

    Odpocznij.

    Poczekaj.

***

    Krzywy poruszał się bardzo dziwny sposób. Poruszał się najszybciej jak mógł. Brodził w trawach i zapuszczał się coraz głębiej w las. Zagłuszał swój wewnętrzny głos, który mówił coś o odpoczynku i spokoju. Wbijał końcówki kijów w ziemię, opierał ciężar ciała na kijach i przebierał nogami najszybciej, jak mógł. Zejście było koszmarem. Pochylony do przodu szukał czterech punktów podparcia, aby nie runąć na kolana i twarz. Kamyki odskakiwały na boki. Co kilka sekund na nogi Krzywego rzucały się korzenie, jakby chciały go powalić, skrępować i wciągnąć w gąszcz lasu.

    Widział przed sobą dwa światełka zawodników, ale oddalały się one coraz szybciej. Za nim pojawiali się kolejni biegacze i bez większego problemu wyprzedzali go w miarę sprawnie posuwając się po ścieżce do Vallorcine. Nienawidził momentu, gdy nagle w świetle czołówki widział swój cień, bo wiedział, że zza pleców wyskoczy za chwile kolejny drapieżnik, który ma go na swoim celowniku.

    Gdzieś pół godziny przed Vallorcine na zawodników czekała jakaś kobieta. Krzywy słyszał jej początkowo ciche, potem coraz głośniejsze „allez!”. Gdy wyłonił się z mroku, nabrała powietrza, ale „allez” ugrzęzło jej w gardle. Patrzyła jedynie niemym wzrokiem. Krzywy wywnioskował, że prawdopodobnie nie wygląda już najlepiej.

    Dłonie ściskające rękojeść kijków paliły do żywego. Palce nóg porozbijane uderzeniami w kamienie bolały coraz bardziej. Przy okazji czuł, że nie może swobodnie nabrać powietrza, bo ciężar ciała zwieszony na kijach w nieprzyjemny sposób tłamsił płuca. Mózg produkował miliony pytań i jednocześnie miliony odpowiedzi, z których żadna nie była dobra.

    Vallorcine.

    Jest!

    Vallorcine.

    Vallorcine.

    Vallor…

***

    Przeholowałeś, bratku.

    Jesteś niczym i nikim. Jesteś bohaterem jednej akcji. Jesteś jebanym zespołem Babylon Zoo, który nagrał jeden ciekawy singiel a następnie rozpuścił się w nicości.

    Strugałeś chojraka, kończysz jak każdy frajer. Zostaniesz zapamiętany jako pizda. Wierzgałeś, skakałeś, wystrzelałeś się przed ostatnim gongiem, przyjebałeś ryjem w mur.

    Pożrę Cię, Krzywy.

    Pożrę Cię całego i nie będziesz w stanie ruszyć nawet palcem.

***

    - Żusłidezole, żeneparlepafrąse – zaczął tradycyjnie Krzywy – Parlewu ągle?
    - Ągle, ągle! – Kobiety w stroju z czerwonym krzyżem wskazywały palcami ich koleżankę, stojącą w kącie namiotu.
    - I am sorry – zaczął Krzywy – My back muscles are sore, I was wondering…
    Ładna szatynka średniego wzrostu wbiła w niego ciężki wzrok. Krzywy się przestraszył.
- Back? – zapytała – Show me.

    Krzywy posłusznie odwrócił się i wskazał na miejsce, gdzie czuł jakąś dziwną, sztywną pustkę. Kobieta spojrzała na niego jeszcze poważniej.

    - Pipi?

    Krzywy zdębiał. Patrzył jej głęboko w oczy i nie rozumiał. Czy chodzi jej o to, że stoi tu przed nią śmierdzący nie tylko potem i pachnący krwią, ale woniejący także uryną, co zresztą było zgodne z prawdą? Milczał. Było mu wstyd.

    - Pipi. When last time?

    Odetchnął z ulgą.

    - Half an hour ago – odpowiedział zgodnie z prawdą.

    Kobieta milczała jeszcze chwilę. W końcu otworzyła usta.

    - You have kidney disorder – zawyrokowała.

    Kidney disorder? Rak, AIDS, kidney disorder. Memento mori. Krzywy pobladł.

    No way. That’s just muscle soreness.

    I am a nurse, trust me.

    Cisza.

    Come with me – rzuciła w końcu pielęgniarka.

    Znaleźli się w sekcji medycznej bazy w Vallorcine. Francuzka zaciągnęła zasłony, wyjęła jakąś maść i zaczęła nacierać plecy Krzywego.

    - It is supposed to help your muscles. Better?
    - Better – skłamał Krzywy.
    - Wait over there.

    Krzywy przysiadł na drewnianej ławeczce. Pielęgniarka odnotowała jego numer w protokole zabiegów medycznych i skinęła na swoją koleżankę.

    Do Krzywego podeszła niska kobieta z okrągłą twarzą francuskiej wieśniaczki i przemówiła cedząc każde słowo:

    - Listen, if there is blood in your urine, if you pee red, stop immediately. Call the headquarters, call the medical hotline. Wait for help.
    - OK.
    - I trust you.
    - OK.
    - Promise me.
    - I promise.

    Krzywy udając swobodę ruchów podniósł się, chwycił kijki i powędrował do drewnianego, gustownego kibelka. Włączył czołówkę i z uwagą obserwował kolor moczu, którym skrapiał trociny zalegające na dnie wychodka.

    Nie było przesadnie dobrze, ale nie było też źle.

    Humor odrobinę mu się poprawił.

    Z pewnością nie była to awaria kręgosłupa, poczułby ją zupełnie inaczej. Siki jako tako. Może dodatkowo osłabienie dolnej części pleców. Może coś z nerkami, ale jeszcze żyje.

    Nie ma co jęczeć.

    Wybiegł niezgrabnie z namiotu i pognał w mrok, stukając w asfalt kijkami. Był wyraźnie zgarbiony. Mogło się wydawać, że był sunącym w mroku pająkiem. Inni jeszcze siedzieli w środku. W środku siedzieli lepsi od niego i zbierali resztki mentalnej siły, która pozwoli im przebyć ostatni odcinek drogi. Byli lepsi, ale za łatwo się rozgrzeszali. I nie kąsali tak mocno, jak obawiał się Krzywy. No i za siedzenie na dupie punktów nie przyznawano.

***

    Mózg i ramiona Krzywego pracowały na wysokich obrotach. Nogi ślamazarnie wlokły się za resztą. Krzywy analizował miejsca na ścieżce, w których mógłby postawić kije w taki sposób, aby rozpiąć na nich swoje umęczone ciało. Końce kijów zgrzytały ocierając się o kamienie. Krzywy był już wyraźnie pochylony do przodu. Gdy przechodził przez punkt kontrolny ustawiony na asfaltowej drodze lekko się wyprostował i uśmiechnął, ale gdy tylko wszedł w labirynt krzewów i kamieni, znów zawisł na kijkach. Stóp nie podnosił przesadnie wysoko. Co jakiś czas uderzał stopami w ostre kamienie. Nabrał powietrza w płuca, zacisnął dłonie na rękojeściach i przyspieszył, mimo, że droga prowadziła w górę.

    ***

    Jesteś synku mocny, muszę przyznać, ale mało ci to da. Wilcy już biegną. Spójrz w dół. Tam błyszczą ich kły i ślepia. Wilcy biegną za tobą, tropią cię, wpadli na twój ślad. Stado biegnie za tobą. Rozszarpie cię.

    Starałeś się Krzywy, ale daj na luz. Nie świruj.

    Dopadną cię.

    Możesz dać z siebie wszystko, co ci jeszcze zostało, ale przegrałeś, synku.

    Sfrajerzyłeś się, fajo.
   
***

    Krzywy cały drżał. Oparł się o kijki. Chciał coś wyciągnąć z plecaka. Przyklęknął z wyraźnym trudem. Położył kijki w takim miejscu, aby móc po nie łatwo sięgnąć. Wyciągnął z plecaka bidon i trochę z niego popił.

    Spojrzał w dół. Widział światła czołówek innych zawodników, ale na szczęście nie było ich jeszcze zbyt wiele. Jeśli dobrze rachował, to od Vallorcine dopadło go może 6, maksymalnie 7 biegaczy. Cud. Mimo, że ostatnie podejście o wysokości ponad ośmiuset pięćdziesięciu metrów napełniało go dziecięcym przerażeniem, ostatecznie okazało się w miarę łatwe do pokonania. Nawet w jego stanie.

    Przypomniały mu się czasy, gdy jako małe dziecko mieszkał w Bardzo Małym Mieście i gdy był wypuszczany przez mamę na podwórko, aby bawił się z innymi dziećmi. Bał się innych dzieci. Często przesiadywał całe kwadranse na schodach klatki schodowej czekając, aż inne dzieci znikną z podwórka i wtedy ewentualnie wychodził na kilka minut na zewnątrz.

    Znów wydawało mu się, że jest na schodach i spogląda na inne dzieci, bawiące się w dole. Pobudka! Krzywy, otwórz oczy. Te dzieci nie odejdą. One przyjdą tu, do ciebie, na twoje schody i będą chciały cię z nich zrzucić. Rusz się. Rusz dupę.

    Odciski na rękach Krzywego pękał, plecy trzymały stalowe kleszcze niemocy, nóg nie mógł podnieść wyżej niż o kilka centymetrów i bez kijów nie był w stanie przesunąć się nawet o kilka metrów.

    Sprawdził komórkę. Kurwa mać!!! 18 smsów, jakieś nieodebrane połączenia, bateria prawie wyładowana. Przed śmiercią baterii zdążył tylko przeczytać sms od Trenera Wyciska:

    „Czekam na mecie”.

    Krzywy dostrzegł drugie dno tej wiadomości. Już nie miał cisnąć. Już nie było świetnie. Poczuł ulgę. Wycisk wywiesił białą flagę.

***

    Spokojnie. Nie świruj, ciało. Jesteśmy sami. Nikt już się nami nie interesuje. Wycisk wywiesił białą flagę. Tata nie czeka. Rafek nie czeka. Możemy zapadać się już w studni naszego skupienia i sunąć do  mety.

    Spokojnie.

    Spokojnie. Nie świruj. Nakazuję Ci.

***

    Osunął się na drugie kolano. Plecak położył w zasięgu ręki. Kijki ponownie zabezpieczył. Wyłączył komórkę, wygrzebał zapasową baterię i włożył ją do metalowego kokonu starej Nokii.

    Powoli ruszył naprzód.

    Docierał chyba do miejsca, które znał z filmów i zdjęć na temat Wielkiego Wyścigu.

    To tu, gdy Jornet, D’Haene czy Thevenard suną do mety, witają ich tłumy ludzi. Widzowie robią zdjęcia, kręcą filmy, krzyczą, dzwonią alpejskimi dzwonami pasterskimi.

    Na Krzywego nikt nie będzie czekał.

    Nie o tej godzinie. Nie tu. Nie ma szans.

    Coś poruszyło się w ciemności.

    Krzywy powoli wlókł się do La Tete Aux Vents.

    Po prawej i po lewej stronie ścieżki stały kozice i spoglądały na niego wielkimi, błyszczącymi oczami.

    Nie uciekały.

***

    Wycisk nie wiedział, gdzie jest Krzywy, ani co robi. Wiadomości, które dostawał od Krzywego od momentu, gdy ten minął Trient, nie były najlepsze. Livetrail pokazywał, że Krzywy doczołgał się do La Tete Aux Vents. Nie wiedział, co będzie dalej i co właściwie jest grane, ale czuł, że powoli już czas ruszać na metę.

    Wygrzebał kluczyki do samochodu, wsiadł, odpalił i ruszył przez nocne, apokaliptycznie puste Les Bossons  w kierunku Chamonix.

***

    Krzywy dotarł do La Tete Aux Vents. Wiedział, że to nie La Flégère, ale łudząc się zadał ciche pytanie:

    - Flégère?

    Przy rozświetlonym namiocie w kształcie igloo stali kobieta i mężczyzna ubrani w zaskakująco grube kurtki. Mężczyzna pokazał trzy palce dłoni i powiedział:

    - Trois kilomètres.

    Kobieta uważnie patrzyła na Krzywego.

    - Your back? Hurts?
    - No, it’s just my leg, it’ll be fine. I just don’t wanna put too much pressure on it.

    Kupiła? Kupiła.

    Krzywy gramolił się dalej.

    Na tle nieba rozświetlonego pełnym księżycem i rojem gwiazd rysował się cały masyw
Mt. Blanc.

    Było cicho. Krzywy nie czuł na twarzy nawet najmniejszego podmuchu wiatru.

***

    Ha, ha! Krzywy! Skurwysynu, myślałeś, że tak sobie przyjedziesz i przebiegniesz? Że dasz do pieca, ale się nawet nie spocisz?

    Do tej pory, synku, tylko się bawiłeś. Nawet nie zarysowałeś powierzchni. Nie zbiłeś szyby. Nie wiesz, co czeka głębiej i dalej. Nie jesteś gotowy na przepaść, w którą można wpaść. Nie wygrzebiesz się z niej teraz. Rozdrażniłeś bestię, która cię pokonała. Jesteś twardy jak skorupka jajka. Jeździłeś sobie na festyny i cieszyłeś mordę, cwelu. Nie miałeś nawet pojęcia, o co w tym chodzi. Nie byłeś nawet blisko. Nawet tego nie powąchałeś.

    Jesteś nikim, frajerze.

    Pan Jezusek wisi na ścianie i nie przyjdzie ci pomóc.

    Paplałeś na prawo i lewo, że cię nie interesuje czas, miejsca, a jedynie przeżycia, to chuju teraz przeżywaj. Nażryj się do zrzygania, rzygaj tym, kutasie. Rzygaj. Rzygaj, kurwo.

***

    Spokojnie. Nie świruj, ciało. Nakazuję Ci.

    Spokojnie.

    Wycisk, przepraszam, nie czekaj, dam radę. Może będzie już jasno, ale dam radę. Tata, idź spać. Rafku, I am sorry, idź spać chłopie, bo się zajebiesz przed tym komputerem.

    Zawiodłem Was. W chwili, gdy to wiem, czuję się lżej. Umiem się do tego przyznać.

    Ciało, spokojnie. Nie świruj. Nakazuję Ci.

    Nie świruj.

***

    Skomlesz, jebańcu. Tak, skomlesz. Upadłeś bardzo nisko. Będę się napawał twoim widokiem. Czołgasz się. Uwielbiam patrzeć, jak się czołgasz, jak śmierdzisz mną.
Uwielbiam patrzeć, jak z tych twoich wysranych z dupy ideałów zostaje zwierzęca walka o ochłapy.

    Nie wiedziałeś, kutasie, za co się zabierasz.

    Teraz wiesz.

    Wiesz,  ale wiesz za późno.

***

    Do La Flégère zostało już niedużo.

    Księżycowe światło oświetlało cały rejon skalnych umocnień Mt. Blanc. Krzywy widział gdzieś wysoko błyszczące światła czołówek alpinistów, którzy wychodzili do akcji. Widział Les Drus, Aiguille du Midi, poszarpane, białe kędziory lodowców, w których odbijały się gwiazdy. Stał i drżał. Wiedział, że musi ruszyć i wykonać ostatnią akcję meczu. Że w ostatnich sekundach piłka będzie w jego rękach.

***

    Moje ciało, jesteś wspaniałe. Jesteś cudowne. Nie bój się. Nie lękaj. Nie skrzywdzę Cię. Dziękuję Ci za wszystko. Ale teraz zamilknij, nakazuję Ci. I chodź. Nikt tu na nas nie czeka. Nikt nigdzie na nas nie czeka. Jesteś Ty i ja. Podnieś się i chodź. Pan Jezusek jest zajęty wiszeniem na ścianie w Trient. Niech sobie tam wisi i śpi. Tata śpi, Wycisk śpi, Rafek śpi, Kaśka śpi, Wiktor śpi. Chodź, daj mi rękę. Widzieliśmy razem już wiele. To dopiero początek, obiecuję Ci. Zanim kiedyś mnie opuścisz zobaczymy jeszcze więcej. Zrobimy razem wiele wspaniałych rzeczy. Zobaczysz. Obiecuję Ci. A teraz wstań. I chodź. Chodźmy. Razem. Oddzielnie nie damy rady.

***

    Dochodził do La Flégère. Na miejsce dotarł razem z jakimś zawodnikiem, który dopadł go kilkadziesiąt metrów wcześniej. Przed wejściem do budynku usiłował się wyprostować, ale nie dał rady.

    - Bonsoir, how’s it going? – zaczął z niewyraźnym uśmiechem.

    Momentalnie zbliżył się do niego starszy Francuz:

    - Want some hot soup? Hot soup is good!
    - No, thanks a lot, coke would be fine.
    - No, no, no! Hot soup is good for you! Hot soup is good.

    Krzywy zaczął przewracać oczami. Szpakowaty mężczyzna udał się w kierunku kuchennego stołu. Z jego kierunku cały czas dochodziły melodyjne okrzyki „hot soup, good hot soup!”.

    „Kabaret” – pomyślał Krzywy.

    Zauważył, że bacznie przygląda mu się drugi z mężczyzn. Spojrzał mu w oczy. Zastanawiał się, czy ten wzrok oznacza, że ON WIE, i że ON WIE, ŻE KRZYWY WIE, ŻE ON WIE. Minęło kilka sekund ciszy, którą przerywało od czasu do czasu melodyjne
„Hot soup! Hot soup!”

    - Everything fine? – zaczął młody Francuz otulony czerwoną kurtką.
    - Yes, I am fine. A bit of a problem with my leg but that’s a minor failure.

    Cisza. Młody cały czas patrzył na niego takim samym wzrokiem.

    - Eight to go. You will manage.
    - Yes, I will. Take care.

    Krzywy podziękował mu wzrokiem. Opuścił La Flégère. Żegnały go urwane, melodyjne okrzyki “Hot soup! Good hot soup!”.

    Księżyc był wysoko. Było jasno jak w dzień.

***

    Wycisk nie potrafił sobie znaleźć miejsca. Stał przez chwilę na mecie i obserwował finiszujących zawodników, którzy wydobywali się z mroku jak zjawy. Przeszedł się kawałek wzdłuż końcówki trasy licząc na to, że w końcu ujrzy Krzywego. Nie wysyłał mu już żadnych smsów. Czuł, że Krzywy jest naprawdę zajęty i uważny.

***

    Ronald D. Siegel siedział w swoim gabinecie przy 20 Longmeadow Road w Wayland (Massachusetts). Mimo, że była to sobota, to pracował, i pracował do późna, bo przygotowywał się do serii wykładów mówiących o jego ulubionym temacie: uważności i pokonywaniu codziennych trudności. Dochodziła dwudziesta druga. Kończył ostatnie odręczne notatki, gdy nagle przepełniła go duma.

    Nie wiedział kto i do końca nie wiedział gdzie, ale był pewien, że ktoś gdzieś na świecie akurat w tej chwili jest bardzo, bardzo, ale to bardzo uważny.

***

    Krzywy był bardzo, bardzo, ale to bardzo uważny. Uważny w walce ze swoimi emocjami, uważny w krokach, które pochylony stawiał na nocnej ścieżce opadającej do Chamonix. Ze wzrokiem wbitym w ziemię, stopa za stopą, zsuwał się w kierunku dna doliny. Rozumiał, że musi walczyć i rozumiał, że ważny jest każdy krok. Nie zastanawiał się, co będzie za sekundę, dwie, pięć, sto, za pół godziny. Ważna była akurat ta sekunda.

    Najważniejsza. Szedł. Znalazł rytm.

    Zatapiał się w uważności.

    That’s the way…3… 4…

    I like it… 3… 4…

    That’s the way… 3… 4…

    I like it… 3… 4…

    Słyszał KC And The Sunshine Band.

    Uderzył nogą w kamień. Odczuł to i powitał to uderzenie otwartymi ramionami swojej świadomości.

***

    I o co ci krzywa, zgięta kurwo chodzi? O to, że teraz wyprzedzają cię jacyś zawodnicy, a ty nie jesteś w stanie ruszyć palcem? O to, że Wycisk naopowiadał ci jakichś fanaberii, a ty okazałeś się za cienki, żeby się okazały prawdą? A może o to, że chciałbyś wbiec do Chamonix dumny, wyprostowany i na dodatek z jakimś zjebanym proporcem zwycięstwa, bo świetnie wyglądałoby to na zdjęciu? Nie będziesz miał zdjęcia na mecie, kutasiarzu, a jeśli będziesz miał, to takie, na którym ujrzysz swoją spierdoloną po całości małość. Od samego początku, chuju, chodziło ci tylko o cyferki.
    O te umowne symbole określające złudzenie czasu, którego tyle codziennie marnujesz. O te umowne symbole, które ty i podobne tobie owce odziane w wilcze skóry chcecie wyryć w waszej pamięci jako dowód na to, że jesteście coś warci.

    Jesteście gówno warci. Ty i twoi kompani, potulni drapieżnicy bez kłów i pazurów, którzy w życiu nie walczyli o nic wartego walki, a stają tylko do zawodów o nic, których nie można przegrać. Stań w prawdzie. Gardzę tobą i twoją pustą, chorą ambicją.

    Pluję Ci w ryj, kurwo. Przeżywaj swój wyścig. Skończy się, ale nie wiesz kiedy. Przeżywaj swój wyścig, bądź uważny, wsłuchuj się w każdą sekundę twojej drogi wyimaginowanej chwały.

***

    Chodź ze mną, moje ciało. Wymyśliłem to dla Ciebie. To mój najwspanialszy dar dla Ciebie, weź go. Przyjmij go z radością. Wiesz, że ja sam nie potrafię się cieszyć, ale może Tobie chociaż raz się to uda. Już niedaleko. Chodź ze mną.

***

    Światła Chamonix wyglądały jak krople deszczu nawleczone na pajęczą sieć ulic. Zmęczone ciało Krzywego powoli opadało na dno. Wracał z podróży na orbitę, lądował na środku oceanu i miał nadzieję, że ktoś go znajdzie.

    Dobrnął do asfaltu. Wbijał wzrok w jezdnię i świszczał jak stary czajnik. Udawał, że nie zauważa innych zawodników, który bez najmniejszych problemów go wyprzedzali. Przez puste Chamonix niósł się metaliczny odgłos kijków uderzających w jezdnię.

    Dostrzegł go jakiś cierpiący na bezsenność widz, zrobił wielkie oczy, a następnie wydarł się na całą ulicę: „Allez Polska!!!”. Krzywy podziękował bladym uśmiechem.

    Dotarł do rzeki. Przeszedł kilkadziesiąt, może sto, może dwieście metrów wzdłuż jej brzegu, skręcił w prawo, zostawił za sobą Hotel Alpina i ruszył do centrum.

    Za metalową barierką stał Wycisk. Jego wzrok mówił wszystko.

    Odgłos przybijanej piątki było słychać na drugim końcu miasta. Krzywy skręcił w kierunku knajpy, w której jeszcze trzy dni wcześniej śmiał się do rozpuku z Wiktorem.
Jeszcze jeden zakręt i finisz.

    Tak oto kończył się Wielki Wyścig Krzywego. Tak, jak czasem opisywał swój finisz w żartobliwych rozmowach. Kończył z zaciśniętymi zębami.

    Wydawało się, że Larry Nance jest bardzo dobrze przyklejony do Jordana, ale rozgrywający Chicago zmylił go balansem ciała i wyszedł na czystą pozycję, gdzie dostał piłkę wyprowadzaną z boku.

    Krzywy widział już linię mety.

    Jordan napiął mięśnie, pochylił się i ruszył w stronę linii rzutów osobistych robiąc dwa szybkie kozły.

    Krzywy chwycił kijki w jedną rękę i zaczął nieporadnie zdejmować plecak.

    Jordana dopadł Craig Ehlo i zasłonił mu widok na kosz wyciągniętą jak struna ręką. Jordan i Ehlo zawisnęli na moment w powietrzu. Ehlo spadł na ziemię ułamki sekund przed Michaelem. Gdy Ehlo dał się już pokonać grawitacji, Jordan wisiał jeszcze ponad parkietem z twarzą skierowaną w kierunku kosza. Wskazania zegara nieuchronnie zmierzały do zera.

    Krzywy nie wyprostował się, bo nie mógł, ale wyciągnął w górę zaciśniętą pięść.

    Jordan wypuścił piłkę z rąk. Z gracją odleciała w kierunku kosza.

    Krzywy przekroczył linię mety i niemalże runął na ziemię.

    Buzzer.

    Game.



EPILOG

(w którym nadal niczego się nie dowiadujemy, ale okazuje się, że nie ma to żadnego znaczenia)
One Day
https://www.youtube.com/watch?v=qim5rIF4gkg
One day baby, we'll be old
Oh baby, we'll be old
And think of all the stories that we could've told

    Wycisk i Krzywy siedzieli na przy drewnianym restauracyjnym stoliku w centrum Chamonix. Zamówili pizzę, a Krzywy oprócz coli zamówił sobie dodatkowo butelkę wody San Pellegrino z kawałkiem cytryny. Żuł posiłek bardzo powoli i bez entuzjazmu, a Wycisk sprawdzał coś w telefonie.

    Za ich plecami od czasu do czasu przetaczali się biegacze, ale Krzywy miał już to wszystko w dupie.

    Nagle Wycisk powiedział, że na metę właśnie dotarł Kuba i pokazał Krzywemu zdjęcie.

    Na ekranie telefonu Krzywy ujrzał Kubę, który leżał skulony z twarzą przy ziemi. Jego długie włosy opadały na plecak, a sam Kuba wyglądał tak, jak gdyby płakał z radości.

    Dusza Krzywego uroniła pierwszą od kilku dni, małą łezkę.

***

    Od razu po Wielkim Wyścigu Kuba zabrał całą swoją rodzinę nad morze. Całe dnie siedział na plaży i raczył się mało znanymi gatunkami piwa.

    Wycisk wrócił do sklepu i rozpoczął swój bardzo zajęty wrzesień. Dodatkowo postanowił być bardziej uważny.

    Krzywy był zdezorientowany. Nie miał pojęcia, dlaczego stało się to, co się stało. Przez jakiś czas wydawało mu się, że ktoś go brutalnie obrabował. Jeszcze przez kolejne trzy noce śniło mu się, że idzie i nie może przestać. Zbyt dużo rzeczy przyszło mu w życiu zbyt łatwo. Aż do teraz. Nie wiedział, czy to nauczka, przestroga, dar, nagroda czy błogosławieństwo. Nie wiedział, czy przypadkiem nie chciał pokazać czegoś głupiego, tak jak głupie jest pokazywanie czegoś przez kupowanie sobie Hummera. Nie wiedział, czy było to głupie i czy ostatecznie pokazał. Wiedział za to, że dostał swój Wielki Wyścig. Żałował, że w ogólnym rozgardiaszu na mecie zapomniał o dresie finishera, nie dlatego, że chciał w nim chodzić, ale dlatego, że w sam raz przydałby się Tacie podczas jesiennych prac w ogrodzie.

    Przypomniał sobie rozmowę z Kubą, którą niedawno odbyli u stóp Babiej Góry, gdy podróżowali z Rajczy do Zakopanego. Wielki Wyścig będzie wyścigiem ich życia, ich najdłuższym wyścigiem. Będzie końcem pewnej historii Krzywego. Obiecali sobie, że nigdy nie będą próbowali mierzyć się z czymś dłuższym.

    Krzywy już wiedział. Za sto siedemdziesiątym kilometrem zaczyna się świat, w którym żyje Profesorek Nerwosolek, Entomologia, Smok Diplodok, krasnal w tablicach trygonometrycznych i inni bohaterowie komiksów Tadeusza Baranowskiego. Nie ma sensu się tam zapuszczać.

    Krzywy wiedział, że wróci i przez dobre dwa tygodnie będzie oglądał świat spod klosza, przed szkło którego co prawda widzi, co się dzieje na zewnątrz, ale do wnętrza którego tak naprawdę nic nie dochodzi.

    Wiedział też, że nie powiedział Wyciskowi, jak duże wrażenie zrobił na nim dobry styl, w jakim Wycisk poradził sobie z okrążeniem Mt. Blanc. Obiecał sobie, że kiedyś mu o tym powie.

    Na drugi dzień po Wielkim Wyścigu zapoznał się z treścią smsów, których nie przeczytał na trasie. Jeden z smsów pochodził od Wyciska.

    „Jesteś 197. w generalce. Dociśnij jeszcze trochę!!!”.

    Krzywy cieszył się, że nie przeczytał tego smsa w gdzieś po drodze w górach. Nie wiedział, czy Wycisk wyciągnął te dane z komputera organizatora (szczerze w to wątpił) czy z własnej dupy i nie wiedział, czy to w ogóle prawda, ale była to ostatnia rzecz, którą chciał czytać dzień wcześniej.

    Był wolny. Nie było jutra. Fuckin’ job done. Już niczego nie ciągnie.

    Zalogował się na swoje konto pocztowe i pierwsze, co zrobił to bez czytania skasował wiadomość, którą otrzymał od organizatorów pewnego alpejskiego maratonu.

    Czuł, że dzień wcześniej chciał zerwać owoc, który być może nie był przeznaczony dla niego i może musiał za to zapłacić. I wiedział, że to, czego nie trzymał w zaciśniętej dłoni nie jest i nie było jego. A może jednak coś trzymał, lecz na ostatnich kilometrach ślepy los wytrącił zdobycz z jego dłoni. Ale był spokojny.

    Gdzieś na dnie studni swojego skupienia, na dnie swojej szuflady ze szpargałami znów znalazł coś, co przed laty dał mu pewien holenderski grubas. Zawsze, gdy ponownie znajdował te kilka słów, dawał sobie prawo do bycia głupim, lekkim i wolnym.

    Krzywy zapakował wszystko do skrzyni, jej wieko zabił gwoździami i wyrzucił skrzynię na środku oceanu.

***

    Wycisk i Krzywy wracali do domu.

    Gdzieś w Niemczech Wycisk zapytał:

    - Krzywy, to co teraz?

    Krzywy chwilę się zastanowił.

    - Teraz znajdę kogoś do nastrojenia pianina i zagram coś ładnego.

***

    Ogłoszono koniec lata.

***

    Rz 11,33-36. Dzięki, tłuściochu.


Przepraszam za błędy, przecinki itp.
Pisałem po nocach.
Od powrotu siedzę co prawda pod kloszem i tylko obserwuję życie na zewnątrz, ale czasami muszę z niego wyjść (praca, obowiązki).



WIELKI WYŚCIG 2015
170 km, + - 10 000 m
2563 startujących
1632 sklasyfikowanych na mecie
266.  miejsce
34 h 29 minut
Moi dobrzy przyjaciele w trosce o moje zdrowie psychiczne dokonali głębokiej analizy danych z ostatnich kilometrów wyścigu. Wynika z niej, że bez niewyjaśnionej ostatecznie kontuzji pleców mogłem w najlepszym wypadku liczyć na czas w okolicach 33:10-33:25.
Z jednej strony jest to dowód na to, że marzenia o ok. 32:20 były mrzonką, a z drugiej na to, że gdy muszę się poruszać przygarbiony, to staję się niesamowicie szybkim pająkiem.