Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Historia pewnej arytmii

Historia pewnej arytmii
Od redakcji: W ostatnich dniach, na skutek tragicznego wypadku w Poznaniu, w mediach masowych zaczęły pojawiać się programy i debaty gdzie dyskutowane są zdrowotne ryzyka wynikające z aktywności fizycznej, zwłaszcza biegania i nawet kwestionowany jego zdrowotny wpływ. Ponieważ korzyści są od dawna naukowo udowodnione, to ten nieszczęśliwy przypadek jest teraz trochę instrumentalnie wykorzystywany jako coś co przeczy wieloletnim badaniom w związku z czym jest nośne medialnie.

My, postanowiliśmy pokazać wam konkretny przykład. Nie tego, że bieganie jest zdrowe i potrafi utrzymać nadciśnienie, wagę i inne parametry w ryzach. Ale, że potrafi naprawdę leczyć i to poważne wydaje się schorzenia serca leczone do tej pory farmakologią.

Oczywiście nie można tego przypadku traktować jako automatycznej recepty dla każdego z podobnym schorzeniem. Rozmawialiśmy z Dr. Arturem Mamcarzem z WUM i Dr Hubertem Krysztofiakiem z COMS i obydwaj twierdzą, że każdy przypadek osoby z wadami lub arytmią serca musi być indywidualnie przez kardiologa przeanalizowany. Pamiętając zawsze o wizycie u lekarze przeczytajcie jednak poniższą niezwykle ciekawą historię:

"Pierwszy raz zdiagnozowano u mnie dodatkowe skurcze serca jeszcze w liceum, przy okazji rutynowego badania EKG. Zostałam wysłana na badania krwi, hormonów tarczycy, ale nadeszły wakacje, objawy w postaci bardzo bolesnego kłucia w klatce piersiowej i napadów bardzo wysokiego ciśnienia (w okolicy 200/150) ustąpiły i wszystko rozeszło się po kościach. Potem przyszły studia, niezdrowy tryb życia, imprezy, alkohol, papierosy i inne używki, stres – i objawy pojawiły się znowu. Tym razem lekarz skierował mnie na 24-godzinne badanie holterowskie EKG i ciśnienia krwi, a także na próbę wysiłkową. Dwa pierwsze badania wykazały, że mam stanowczo za szybkie tętno, dodatkowe skurcze i nieco zbyt wysokie ciśnienie krwi. Dostałam beta-blokery, które jednak niewiele pomogły. Badanie wysiłkowe wykazało, że po pierwsze mam kondycję 50-latki (te papierosy!), a po drugie przy wysiłku nieregularności wyciszają się. Pani doktor stwierdziła, że nie ma sensu dalej brać lekarstw, że taka moja uroda i jak czuję kołatanie serca, mam się zrelaksować.

Ładnych kilka lat później, na przełomie 2008 i 2009, objawy zaczęły być coraz silniejsze. Serce kołatało niemal bez przerwy, do tego doszedł ucisk w klatce piersiowej, zadyszka po wejściu na kilka schodków, a nieregularności, które zawsze byłam w stanie wyczuć, stały się coraz częstsze. Zaniepokoiło mnie to na tyle, że postanowiłam pójść do kardiologa i rzucić palenie. 24-godzinne badanie holterowskie EKG wykazało, że „moja uroda” to bigeminia komorowa i że w ciągu doby mam ponad 22 tysiące dodatkowych skurczy, co daje średnio dodatkowy skurcz co 4 sekundy. Na wykresie EKG wyglądało to mniej więcej tak:


 
Znowu dostałam beta-blokery, niestety, przy kolejnym badaniu okazało się, że nic się nie zmieniło. Kardiolog zwiększył dawkę, to też nic nie dało, więc zwiększył dawkę kolejny raz, znowu bez większego skutku. Ja tymczasem czułam się coraz gorzej, byłam wiecznie zmęczona, przybierałam na wadze i popadałam w depresję – wszystko to skutki uboczne lekarstw.

Pewnego dnia znajomy powiedział mi, że jego znajomy swoją arytmię rozbiegał. To przypomniało mi badanie wysiłkowe z czasów studiów, więc postanowiłam spróbować. Latem 2009 założyłam dres, trampki i wyszłam do parku potruchtać. Ponieważ uprawiałam jakieś tam sporty mniej lub bardziej regularnie (chociaż raczej mniej), udało się przetruchtać 20 minut, po których myślałam, że umrę, zwymiotuję, serce wyskoczy mi uszami i że już nigdy w życiu nie wyjdę truchtać jeszcze raz. Następnego dnia znowu wyszłam, tym razem już nie myślałam, że umrę. Mimo, że zakwasy w udach były tak silne, że nie byłam w stanie kucać przy lodówce, wyszłam do parku następnego dnia, i następnego, i nastepnego, z dni zrobiły się tygodnie, z tygodni miesiące.

Po tym, jak mój lekarz rodzinny złapał się za głowę, widząc przepisaną mi dawkę beta-blokerów, poszłam do innego kardiologa po drugą opinię. Doktor powiedział, że powinnam odstawić lekarstwa, bo to przez nie źle się czuję. Różnica była dramatyczna – przestało mi się kręcić w głowie, wróciła energia, waga wreszcie się zatrzymała. Niestety, zimą przestałam biegać. Wróciłam do truchtania kolejnego lata, a późną jesienią doszłam do wniosku, że potrzebuję mieć cel, żeby zmotywować się do biegania zimą. Najlepiej jakieś zawody. Ale najpierw postanowiłam się zbadać i zasięgnąć opinii kardiologa, czy to na pewno dobry pomysł z tymi zawodami i czy nie padnę gdzieś na trasie, bo serce nie wytrzyma. Badanie holterowskie wykazało, że ilość moich nieregularności na dobę zmniejszyła się do 8 tysięcy! Bez lekarstw! Traf chciał, że podczas badania brałam udział w zajęciach sportowych i jeśli do tej pory miałam jakiekolwiek wątpliwości, że wysiłek jest dobry dla mojego serca, to zniknęły one bezpowrotnie.



Od tej pory biegam regularnie, z mniejszymi lub większymi przerwami spowodowanymi drobnymi kontuzjami. Niedawno miałam badanie kontrolne, ilość nieregularności w ciągu doby wyniosła... 2. Tak, dwie. Bieganie dało radę naprawić to, czego nie były w stanie naprawić lekarstwa.

I to cała moja wzruszająca historia. :)