Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Czy jestem jeszcze normalny?

Czy jestem jeszcze normalny?

A38_524.jpg


Październik 1998


Mijam czterdziesty kilometr. Tempo spada coraz bardziej. Moje ciało każdą swoją cząstką krzyczy dość. Spoglądam na zegarek. Czas będzie beznadziejny, 7-9 minut gorzej od rekordu życiowego. Ale to już mnie nie rusza. Jestem w stanie myśleć jedynie o mecie. Osiągnąć ją wreszcie i paść na ziemię, nie musieć już więcej biec. Ani teraz, ani nigdy więcej!

Wpadam w wąską alejkę nad wodą. Do mety mniej niż kilometr. Po obu stronach szpaler ludzi. Zasłaniają mi perspektywę, nie widzę jej końca. Odwracam się i widzę jakieś sto metrów za sobą zawodnika. Zostało jeszcze z 500 metrów, mój instynkt walki daje znać o sobie. Koniec z bieganiem, nie będę już tego nigdy robił, ale temu się nie dam! Próbuję przyśpieszyć, ale tylko zataczam się, ciągle nie widzę końca alejki. On jest coraz bliżej. Wreszcie widzę nawrót. Zaraz za nim jest meta, ale jak daleko? 20 metrów czy 50, czy ja w ogóle tam dobiegnę? Mijam nawrót. Do mety 20 metrów, on jest dziesięć metrów za mną. Zrywam się do finiszu. O mało nie kończy się to "orłem", ręce poszły do przodu, ale nogi nie chciały już walczyć z grawitacją.


Na mecie wieszają mi medal. Dostaję coś do ręki. Okrywają mnie kocem. Nie zwracam na to wszystko uwagi. Jestem wykończony i załamany. Znajduję jakąś stertę desek, siadam na nich i delektuję się tym że nie muszę się ruszać. Kilka miesięcy ciężkiej pracy diabli wzięli. Po co te wszystkie wyrzeczenia? Co ja z tego mam? Tylko to cierpienie, które przed chwilą przeżywałem na trasie, i to gorzkie uczucie rozczarowania i zawodu. Dość tego, nigdy więcej!


W czasie podróży powrotnej rozmyślam nad tym co się wydarzyło. Jeszcze rok temu miałem znakomitą formę. Wiadomo, starzeję się i będę coraz słabszy, ale czy to osłabienie następuje tak szybko? Zastanawiam się nad biegiem. Źle rozwiązałem go taktycznie. Zdecydowanie za szybko zacząłem. Próbowałem walczyć z czołówką, mimo że nie byłem najlepiej przygotowany. Gdybym pierwsze 5 kilometrów pobiegł o minutę wolniej, wynik na mecie mógłby być znacznie lepszy. Po za tym te przygotowania. Trenowałem w tym roku dużo mniej niż w poprzednim. Do tego eksperymentowałem. Gdybym zwiększył dawkę kilometrów i wrócił do zeszłorocznego układu, forma powinna być znacznie lepsza.


Gdy dojeżdżam do domu, kiełkuje mi w głowie postanowienie. Nie mogę zakończyć biegowej przygody takim beznadziejnym osiągnięciem. Trudno. Znowu nie będzie czasu na wiele rzeczy, które pragnąłbym zrobić. Znowu trzeba będzie wychodzić po ciemku na treningi, na mróz i śnieg. Znowu katorga biegów tempowych i interwałów. Znowu zakwasy i ból nóg. Ale to już ostani rok. Póki się jeszcze do końca nie zestarzałem, póki jeszcze zdarza mi się zbliżać do rekordów życiowych. Przygotuję formę na ostatni, wielki bieg, a potem już tylko truchciki trzy razy w tygodniu dla zdrowia!


Wrzesień 1999


Prawie trzysta treningów. Ponad cztery tysiące przebiegniętych kilometrów. Obóz w górach, gdzie w tydzień zrobiłem 220 kilometrów. Trzydzieści startów na różnych dystansach. Zrobiłem co mogłem. Dziś jest dzień próby. Ostatni maraton! Nie mogę popełnić starych błędów. Pierwsze pięć kilometrów ma być wolne. I jest!


Drugie też. Ogarnia mnie zwątpienie. Ten bieg to szybki trucht, a czuję że nie jestem w stanie przyśpieszyć. Każda próba szybszego biegu zakończy się po trzech, czterech kilometrach kompletnym wyczerpaniem. W miarę mijania dystansu jestem coraz bardziej załamany. Znowu klapa? Po tej całej pracy? Na dziewiętnastym kilometrze doganiam grupkę biegaczy. Nie wyprzedzam ich. Nie chce mi się. Jestem ogarnięty zniechęceniem i zrozpaczony. Zaczyna mi być wszystko jedno. Zwalniam nieco dostosowując się do ich tempa. Cóż, dotruchtam z nimi do mety.


Półmetek. Zegarek potwierdza okrutną prawdę. To bodaj najgorszy wynik na półmetku ze wszystkich moich maratonów. Potem jest jeszcze gorzej. Tempo spada, a ja zaczynam mieć kłopoty z trzymaniem się naszej grupki. Ze dwa razy tracę już kontakt i z dużym wysiłkiem dołączam z powrotem. Punkt odżywczy na 28 kilometrze. Gdy inni chwytają napoje, wysuwam się na czoło grupy. Zostało jeszcze 14. Rok temu już zdychałem, a teraz czuję się dość świeżo. Nie mam już nic do stracenia. Ruszam do przodu.


Po jakimś czasie doganiam jakiegoś zawodnika, potem drugiego. "Swojej" grupy nie słyszę za sobą. Po kilometrze zegarek pokazuje że tak naprawdę to wcale nie przyśpieszyłęm. Utrzymałem tylko tempo. To grupa zwolniła, i zwalniają ci pojedyńczy biegacze, których stopniowo mijam. Ale to mijanie motywuje. W zasięgu wzroku pojawiają się wciąż nowi. Stopniowo się do nich zbliżam. Po trzydziestym kilometrze zaczyna się lekki podbieg, jedyny na tej trasie. Jest łagodny, ale ciągnie się prawie 5 kilometrów. Kolejny kilometr pokonuję o 2 sekundy szybciej. Jestem zaskoczony. Jest wyraźnie pod górę a ja naprawdę przyśpieszam. To działa jak dodatnie sprzężenie zwrotne: drobny sukces dopinguje mnie do dalszej walki. Mijam coraz więcej zawodników. To ci, którzy ostro zaczęli i "wymiękają" tak, jak ja rok temu.


Trzydziesty piąty kilometr. Odtąd już lekko z górki. Biegnę coraz szybciej. Dogania mnie jakiś gość. To pierwszy od 8 kilometrów, ja w tym czasie minąłem już z pięćdziesięciu. Trochę go się przytrzymuję, później odpadam, dochodzę go z powrotem i zostawiam za sobą. Po chwili on kontratakuje. Tak się wzajemnie napędzamy, przy okazji mijając coraz więcej "padniętych".


Czterdziesty kilometr. Ze zdziwieniem stwierdzam że będzie bardzo dobry rezultat. Zrywam się do jeszcze szybszego biegu. Później okaże się że będą to moje najszybsze kilometry z całego biegu. Po poprzednim zwątpieniu nie ma już śladu, jestem w euforii. Uzyskuję drugi wynik w życiu, tylko 1,5 minuty gorzej od rekordu życiowego. W ogóle nie czuję się zmęczony. Świat jest piękny! Piękne zakończenie przygody ze sportem!


* * *


W czasie podróży powrotnej rozmyślam nad tym co się się wydarzyło. Zrobiłem świetny wynik. Nigdy jeszcze tak szybko nie przebiegłem ostatnich dwóch kilometrów. Nigdy jeszcze tak szybko nie pokonałem drugiej połowy biegu maratońskiego. Ale też jeszcze nigdy nie przebiegłem pierwszej tak wolno!


Byłem znakomicie przygotowany wytrzymałościowo, ale zero szybkości. Gdyby tak zmodyfikować trening aby położyć akcent na szybkość, nie tracąc wytrzymałości, mógłbym jeszcze zaatakować rekord życiowy. Nie jestem jeszcze taki stary!


Gdy dojeżdżam do domu,zapada postanowienie: trzeba wykorzystać szanse. Jeszcze jeden rok! Trudno. Znowu nie będzie czasu na wiele rzeczy, które pragnąłbym zrobić. Znowu trzeba będzie wychodzić po ciemku na treningi, na mróz i śnieg. Znowu katorga biegów tempowych i interwałów. Znowu zakwasy i ból nóg. Ale to już ostani rok. Póki się jeszcze do końca nie zestarzałem, póki jeszcze jest szansa ustanowić rekord życiowy. Przygotuję formę na ostatni, wielki bieg, a potem już tylko truchciki, trzy razy w tygodniu dla zdrowia!


Październik 2000


Prawie trzysta treningów. Ponad cztery tysiące przebiegniętych kilometrów. Trzydzieści startów na różnych dystansach. Zrobiłem co mogłem. Dziś jest dzień próby. Ostatni maraton!


Początek dość słaby. Jestem lekko zaniepokojony. Ale po ośmiu kilometrach "łapię" odpowiednią grupę i jedziemy. Pierwsza połowa pod ostry wiatr. Przetrzymać to, a potem będzie lot. Tempo nieco wolniejsze od założonego, ale biorąc pod uwagę wiatr jest bardzo dobrze. Nagle, gdzieś na 19 kilometrze przychodzi kryzys. Tracę kontakt z grupą, w nogi wlewa się ołów. Co się dzieje? Jeszcze nigdy nie padłem tak szybko! Moje tempo gwałtownie spada, zaczynają mnie mijać tłumy zawodników. W pewnej chwili prześciga mnie gość z wózkiem, w którym siedzi dzieciak. Czuję się jakbym dostał w łeb, ten z wózkiem biegnie na wynik tylko nieco gorszy od mojej życiówki.


Na 23 kilometrze podrywam się do walki, ale to mój łabędzi śpiew. Zryw trwa około 700 metrów, po czym padam jeszcze bardziej.


Na dwudziestym piątym kilometrze bardzo ostry zakręt. Od teraz aż do samej mety pełny, mocny wiatr w plecy. Mimo to moja szybkość jeszcze się obniża. Z najwyższym samozaparciem "czołgam się" do przodu. Mijają mnie całe stada biegaczy, ja nie wyprzedzam nikogo.


Wreszcie na 36 kilometrze "pękam": 200 metrów marszu, po czym ostatnim wysiłkiem woli zmuszam się do biegu. Sytuacja powtarza się jeszcze dwa razy. Wiem jedno. Dopełznę do mety i nikt ani nic nie zmusi mnie nigdy więcej do biegania. Osiągam metę w czasie 18 minut gorszym niż rok wcześniej. Drugi najgorszy wynik w życiu. Jestem załamany. Widać już czas z tym skończyć.


W czasie podróży powrotnej rozmyślam nad tym co się wydarzyło. Jeszcze rok temu miałem znakomitą formę. Wiadomo, starzeję się i będę coraz słabszy, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Żegnajcie buty biegowe.


10 dni po biegu, przystępuję do porządkowania biurka. Zebrało się mnóstwo różnych, teraz już niepotrzebnych rzeczy: foldery z rozmaitych biegów, jakieś numery startowe, wycinki, naklejki, stare komunikaty. Wyrzucając to wszystko, jeszcze raz myślę o ostatnim biegu. Co się stało? Wyniki startów kontrolnych były bardzo zachęcające. Z różnych względów nie wykonałem w tym roku zamierzonej pracy, ale to mogło wyleźć na 32-36 kilometrze. Dlaczego mnie tak ścięło? Może "załatwiła" mnie podróż - 1100 kilometrów samochodem non stop bez spania w nocy z piątku na sobotę? Cokolwiek się stało, był to wypadek przy pracy.


Kiełkuje mi w głowie postanowienie. Nie mogę zakończyć biegowej przygody takim beznadziejnym osiągnięciem. Trudno. Znowu nie będzie czasu na wiele rzeczy, które pragnąłbym zrobić. Znowu...!


11 dnia po starcie w maratonie wychodzę na pierwszy trening.


Marzec 2001


Słyszę cichy odgłos budzika z drugiego pokoju. Z wysiłkiem otwieram oczy. Dwie po szóstej. Cicho, by nie obudzić żony wychodzę do kuchni. Na termometrze za oknem minus sześć stopni. Miało być ocieplenie, może w południe będzie ładnie, ale teraz jest piekielny mróz.


Siadam nad stertą dresów. Siedzę tak kilka minut. To walka z samym sobą. Przecież nie muszę wyłazić na ten mróz, mogę wrócić do ciepłego łóżka i spać jeszcze półtorej godziny. W końcu zwyciężam w tej walce. Zaczynam zakładać dresy. Muszę się spieszyć. Chcę dziś przebiec 17 kilometrów, a o dziewiątej zaczynam pracę.


Po wyjściu z bloku czuję bolesne ukąszenie zimna. Za kilka minut rozgrzeję się, ale teraz czuję się okropnie. Miałem dziś zrobić interwał, ale porzucam ten zamiar. Samo wyjście z domu w tych warunkach jest wystarczającym wysiłkiem, nie jestem wystarczająco twardy aby zmusić się jeszcze do szybkiego biegu.


Pod koniec treningu muszę się zatrzymać z powodu czerwonego światła na skrzyżowaniu. Czekając na zielone, rozglądam się na około. W oknie sąsiedniej kamienicy jakiś gość w pidżamie przeciągając się, spogląda na mnie z zaciekawieniem. Pod jego oknem jest wystawa sklepowa. Widzę w niej swoje odbicie. Oszroniona czapka, czerwona od mrozu gęba i wielka ciemna plama potu na piersiach. Jest za piętnaście ósma. Czy ja jestem normalny?


rysio.jpg

Rysio Łukaszewicz